Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspominki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspominki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 lutego 2014

Muzyka narządowa

Miałam niedawno przyjemność egzaminować studentów wydziału lekarskiego.
Przypadło mi w udziale sprawdzanie ich znajomości badania tarczycy. Byłam pod ogromnym wrażeniem ilości miejsc, w których ten organ może się znajdować....
Drugą rzeczą która zrobiła na mnie wrażenie, była niezmierna konsekwencja w "osłuchiwaniu tarczycy". Wielu studentów w pewnym momencie przykładało słuchawkę do miejsca, gdzie  (w ich przekonaniu) miał znajdować się ten, jakże tajemniczy, organ i mówiła "a teraz osłucham tarczycę".  W pewnym momencie nie wytrzymałam i spytałam jedną miłą panią
- A proszę mi powiedzieć, co mianowicie spodziewa się Pani usłyszeć? (naprawde byłam ciekawa, jakie dźwięki wydają narządy miąższowe...)
-No takie...tak jakby....CHROBOTANIE!!!
-Chrobotanie....A ma Pani może pomysł, czym ono może być spowodowane?
-...No jak się przełyka, to cząsteczki pokarmu się przemieszczają i chroboczą o ściany tarczycy......

Ręce opadły mi prawie tak bardzo jak koleżance, którą student oskarżył o nieuczciwą ocenę.
Nie zaliczyła mu badania wątroby, a on przecież WSZYSTKO zrobił prawidłowo, zgodnie z wszelkimi zasadami!
Nie przeszkadzało mu zupełnie, że badał brzuch pacjenta po lewej stronie....

Wnioski
1. Nie da się tą samą liczbą asystentów mieć podwójnej ilości zajęć i nie obniżyć poziomu (z tego miejsca serdeczne gratulacje dla Ministra za pomysł skrócenia czasu studiów, co zawocowało podwójnym rocznikiem)
2. Nie jest dobrze egzaminować, kiedy nie miało się zajęć- jak opowiadają głupoty studenci, których ja uczyłam, pretensję mogę mieć tylko do siebie
3. Uważać przy przełykaniu- chrobocząca tarczyca może przeszkadzać domownikom...

piątek, 8 listopada 2013

Czas kolonii cz. 4

Wieczorem pierwszego dnia Młoda mogła w końcu przejrzeć plan kolonii i porównać z rzeczywistością
"Wysoko wykwalifikowana kadra" w folderze, w realu oznaczała- kierownika starego wygę, mistrza oszczędzania. Kilkoro darmowych, bo pierwszorazowych, wychowawów i w miarę doświadczonych dwóch (Młodą i Wopra)
"Ośrodek z basenem"- nie basenem, a zbiornikiem przeciwpowodziowym. I do tego pustym od lat...
"Gry i zajęcia sportowe"- tu Młoda popatrzyła na dwie rakietki do tenisa stołowego- jedna ze złamaną rączką, i na flaka piłki do siatkówki. Oj, będzie gimnastyka, żeby coś z tego wykrzesać.
"Konkursy z nagrodami"- chyba trzeba będzie urządzić konkurs na to, jak jedną kredką obdzielić pięcioro dzieci.
"Do morza 100 metrów"- całkiem prawda. Tylko w linii prostej. No i plaża kolonijna jest jakieś 2 km od ośrodka, z ruchliwą nadmorską trasą po drodze.
"Domowe jedzenie"- jak on to osiągną na stołówce na 500 osób???

Wopr był miłym ratownikiem/ wychowawcą (łączenie funkcji w ramach jednej pensji to nieprzemijający hit wśród organizatorów kolonii). Sporo jeździł, więc wiedział co nieco o kierowniku. Znany pies na baby i baaardzo lubiany w biurze organizatora. Czemu lubiany? Bo wie, jak wynająć 2 autokary i zmieścić tam dzieciaki z trzech.Bo wie gdzie kupić najbardziej badziewne nagrody na koniec kolonii (1zł sztuka). Bo wie, że pani X, z biura, trzeba przywieźć z nad morza broszkę z bursztynu. No i wie jak ustawić wychowawców żeby nie narzekali :)

 Dzieciaki były fajne, bo prawie zawsze są. Okazało się, jak zwykle, że pokoje nieważne, że basen nieważny, że nawet plaża nieważna, bo najważniejsza jest atmosfera. A ta zależy głównie od chęci wychowawców. O tej w folderze nie było słowa, ale na szczęście dopisała. I kolejną kolonię można było zaliczyć do udanych. 





wtorek, 11 września 2012

Ortopedzi

Praca anestezjologa ma to do siebie, że bardzo blisko pracuje się z innymi specjalizacjami. Oczywiście zabiegowymi. Jak już pisałam, swego czasu spędziłam trochę życia na sali ortopedycznej. Teraz mi się zebrało na wspominki, bo niedługo idę z Nowym do ortopedy właśnie.

Lubiłam pracować z ortopedami bo:
-mieli do siebie dystans ( kilka ulubinych powiedzonek : "nikt Ci tyle szczęścia nie da, co dziecięcy ortopeda", "ortopeda musi być tak silny jak niedźwiedź i choć w połowie tak mądry", "ortopedzi znają antybiotki od A od Z- augumentin i zinacef")
-nie naciągali wskazań do zabiegów (w ortopedii zabieg operacyjny jest najczęściej naprawdę ostatecznością)
-uwielbiałam ten błysk w oczach, kiedy wyciągali kolejne buczące narzędzia, śrubki, piłki i udarki
-gipsowanie...toż to sztuka! co lekarz, to inne podejście: jeden gładził, inny głaskał, inny jeszcze uciskał, a wszytsko po to żeby gips leżał perfekcyjnie...A wcześniej myślałam głupia, że gips to gips...
-najczęściej realistycznei oceniali czas pozostały do końca zabiegu, co znacznie ułatwiało mi pracę.
Oczywiście nie było tylko różowo. Zdarzały się kwiatki, jak na przykład ten:
Dyżur. Dzwoni ortopeda znany ze swego zamiłowania do zdobywania doświadczenia w artroskopii kolana.
-Młoda Lekarko będziemy robić kolano
-Och, naprawdę?A co się stało, że na dyżurze?
-Wiesz, pilna sprawa-URAZ....
-Ok, oczywiście, skoro pilne, to wciśniemy między skręcone jajko, a wyrostek. W końcu kto powiedział, że mam spać na dyżurze.
Przychodzi (!) pacjentka. Z wywiadu dowiaduję się, że:
1.Choruje na tarczycę, ale "przypadkiem"ma ze sobą świeże wyniki badań/konsultację itp.
2.Uraz był 2 tygodnie temu
3.Wczoraj była w prywatnym gabinecie ww ortopedy...
Wtedy czułam, że ktoś robi mnie w jajo.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Z życia studenta- umiejętności praktyczne

Na wstępie pragnę pionformować, że post ten przeznaczony jest tylko dla osób dorosłych.
Jesli masz ukończone 18 lat możesz czytać dalej. Jeśli nie- naciśnij krzyżyk w górnym prawym rogu i nie wracaj aż do następnego posta.

Każdy student musi nabyć pewne umiejętności praktyczne. W medycynie jest ich dośc dużo. Nie da się, tylko czytając książki,  nauczyć rozróżniania rzężeń średnio- od grubobańkowch, czy wyczuwania brzegu wątroby. Jedną z takich umiejętności jest badanie ginekologiczne. Na naukę przychodzi czas na V lub VI roku, najczęściej poprzedzoną solidnymi podstawami teoretycznymi. Jak się to odbywało u mnie na uczelni?
Pierwsze zajęcia dostarczyły niezapomnianych wspomnień. Nasza grupa ćwiczeniowa liczyła osiem osób. Weszliśmy do gabinetu pani Doktor-Nauczycielki. Po krótkiej serii pytań, nasza grupa skurczyła sie do osób sześciu. Im mniej osób, tym łatwiej schować sie za parawanem, za którym stanąć poleciła Pani Doktor. Do gabinetu weszła pacjentka. Krótka rozmowa i badanie ginekologiczne. Po zakończeniu badania, Pani Doktor poprosiła pacjentkę, by ta nie schodziła jeszcze z fotela i spytała w ten deseń: "czy wyrazi Pani zgodę, żeby zbadał Panią student szóstego roku medycyny? To juz są prawie lekarze i muszą nauczyć się badania, a Pani w końcu zgłosiła się do Przychodni Uniwersyteckiej..."Pacjentka wykazała się poczuciem humoru i odpowiedziała " cóż, w będąc mojej pozycji- trudno mi odmówić". Nie spodziewała się jednak, że za chwile zobaczy sześć osób udajacych, że nie patrzą w oczywistym kierunku. Szczęśliwcem okazał się być kolega kujon, znany z recytowania książek razem z numerem strony. Po zajęciach spytany o wrażenia- "nic specjalnego- ciepło, miękko i trudno wyczuć szyjkę. No, ale zawsze musi być ten pierwszy raz w pochwie..." Nie muszę pisać jak bardzo się to za nim ciągnęło do końca studiów...
Inną umiejętnością jest badanie przez odbyt w celu oceny gruczołu krokowego. Sytuacja podobna do opisanej wyżej. Grupa studentów, pacjent  w krępującej pozycji (tym razem kolankowo- łokciowa). Bada najpierw lekarz, następnie koleżanka. Przy badaniu przez koleżankę, pacjentowi oczy zrobiły się wyraźnie większe- czary czy co? Skończyła, podziękowała grzecznie. Pytana o wrażenia-" nic nie wyczułam, ale to moze dlatego, że żelu zapomniałam..."
Ja  zaliczyłam mocno krępującą sytuację, przy pacjencie z częstą dolegliwością- torbielą włosową w okolicy kości ogonowej. Miałam zbadać go dokładnie. Czyli zbadać należało, poza gardłem, brzuchem i stanem miejscowym, także węzły chłonne pachwinowe. Pacjent, młody chłopak, leżał grzecznie i współpracował. Sam był studentem, więc rozumiał powagę słów "egzamin praktyczny z badania pacjenta". Powaga się skończyła, kiedy ja wsunęłam  rękę w kierunku jego pachwiny, a on... no cóż zareagował, jak młody facet reaguje, kiedy dziewczyna wsuwa tam rękę... Nie wiem kto się speszył bardziej-ja czy on.
On "przepraszam, nigdy mi się coś takiego nie zdarzyło..."

piątek, 8 lipca 2011

A Pan/Pani co zamierza?

Pytanie tytułowe często pada na studiach. Zadają je asystenci z wiadomych tylko sobie powodów. Dobrej odpowiedzi nie ma. Jeśli np. pyta nas asystent na neurologii, a my akurat myślimy o neuro jako specjalizacji i się do tego przyznamy, to są dwie opcje. Jedna (zdarza się zdecydowanie rzadziej), że asystent spojrzy na nas przychylnym okiem i będzie łatwiej, lub druga- asystent postanowi pokazać nam jak ciężko jest zdać egzamin specjalizacyjny z tej akurat dziedziny i będzie nas gnębił ponad miarę. Jako, że studenci medycyny instynkt przetrwania mają silny, z reguły po takim pytaniu w naszej grupie zapadała cisza, a przyciśnięci do muru twardo twierdziliśmy, że nie jesteśmy zainteresowani akurat tą specjalizacją (znana zasada- "zawsze mów, że chcesz robić psychiatrię, a na psychiatrii, że radiologię") Taka postawa zachęcała asystentów do tłumaczenia nam, czemu  wiedza z ich akurat dziedziny przyda nam się w życiu. I tak skończyłam studia, przekonana, że porody uliczne zdarzają się nagminnie, że w każdym szpitalu psują się gastroskopy i rozpoznanie wrzodu stawia się na podstawie zdjęcia RTG z kontrastem, czy że tomografy są równie zawodne i po urazie głowy wszystko można wyczytać z samego li tylko RTG.

Jedna z takich sytuacji nastąpiła na ostatnim seminarium z neurochirurgii. Asystent nie miał pomysłu na zajęcia, a jego szef nie pozwalał wypuszczać studentów wcześniej, więc rozmowa zeszła na te właśnie tematy.
Asystent- A Pani o czym myśli w przyszłości?
Koleżanka 1- Hm...Myślałam o psychiatrii...
A.- A Pani?
Kol.2.- No nie wiem jeszcze. Może rodzinna? (każdy kombinuje jak najdalej od neurochirurgii)
A (nie poddając się)- A Pani?
Kol. 3- Ja na ginekologię spróbuję pewnie.
A. (z rezygnacją w głosie) A Pan?
Kolega (patrząc mu prosto w oczy)-Ja? Ja założę chińską knajpę!

czwartek, 19 maja 2011

Walduś

Zajęcia z psychiatrii.Piąty rok. Nasz podgrupa obserwuje rozmowę lekarza z pacjentem- Waldusiem.
Walduś ma jakieś metr pięćdziesiąt (w kapeluszu), waży może 40 kg. Wygląd sieroty życiowej totalnej.

Lekarz: Waldek, no i co Ty znowu zrobiłeś?
Walduś:...
L: Przecież wiesz, że jak tak będziesz robił, to nie dostaniesz przepustki
W: Ja wiem. Ja juz nie będę...
L: Czego nie będziesz?
W:...
L: No czego nie będziesz?
W: Nie będę dusił...
L: Kogo nie będziesz dusił?
W: Pani w autobusie....Ale ona się na mnie popatrzyła!!!

Kilka miesięcy później koleżanka dzwoni do mnie, bardzo zestresowana: Młoda Lekarka? Jestem w tramwaju. Walduś tu jest!!!
ja: Nie patrz!

czwartek, 17 marca 2011

Relacja rodzic-dziecko

Ojciec z 5 latkiem.
-Pani doktor, żona kazała mi przyjść, bo sama szykuje chrzciny dla drugiego dziecka. Podobno syn jest chory.
-Jakie ma objawy?
-Nie wiem
-Kaszle?
-Nie wiem
-Gorączka?
-Nie wiem
-Katar może?
-Nie wiem
-A co pan wie?
-No mówie, że nic. Ja przecież ojciec jestem, nie matka!

Matka z 23-latkiem.
-Pani doktor, bo syn brzydko kaszle i go tu przyprowadziłam, żeby go pani zbadała.
-Co panu dolega?
(on)-yyyy
(ona)-Kaszel od 3 dni, taki duszący
-Coś się dzieje, poza kaszlem?
(on)-yyy
(ona)- No chyba gorączkę miał, bo rozgrzany taki chodził
-Mierzył pan temperaturę?
(ona)- A gdzie tam mierzył! Nie mogłam go przymusić do zmierzenia...
-Katar?
(ona)- No ma! I to jaki! Nos wyciera co chwilę!
-Dobrze, zbadam pana. Proszę się rozebrać...
(i tu ona podchodzi do tego 23-letniego faceta i zaczyna komenderować, jak on ma ściągnąć sweter). Nie wytrzymałam.
-Bardzo proszę żeby pani poczekała za drzwiami
Nieco zdziwiona, ale wyszła.
-A gardło pana boli?
(zza drzwi)- Boli go, boli!

wtorek, 22 lutego 2011

być jak House

W wiejskim ośrodku zdrowia:

-Pani doktor, bo córka zwymiotowała.
(Córka ma lat 12, wygląda dość zdrowo, na pierwszy i drugi rzut oka)
-kiedy?
-no przed chwilą, może z 5 minut temu
-ile razy?
-no raz
-i co mam zrobić?
-jak to co? Wyleczyć!

Telefon
-jest tam jakiś lekarz w przychodni?
-jestem, a o co chodzi?
-bo mój syn młodszy chyba ospę ma...
-a czemu pani tak sądzi?
-bo starszy ma i całe przedszkole ma...
-a  jakie ma objawy?
-no chyba trochę gorączki i takie pęcherzyki jak ten starszy
-czyli faktycznie-ospa
-to co- ja przyjadę pani doktor pokazać

Godzina druga w nocy, telefon:
-jest tam jakiś lekarz?
-jestem, o co chodzi?
-bo syn ma czkawkę...
-od kiedy? No nie wiem, bo on teraz od kolegi wrócił. I go męczy.Można przyjechać?
-po co?
-no żeby pani coś z tą czkawką zrobiła...

Telefon:
-Chciałabym zamówić wizytę domową
- a co się dzieje?
-syn ma gorączkę
-coś poza tym?
-mówi, że się źle czuje
- a jaka ta gorączka? ile stopni?
-37,5
-ile lat ma syn?
-19....

-Pani doktor, bo mnie wyskakuje taka dziwna wysypka
-prosze pokazać
-ale teraz nie ma
-to czemu pani teraz przychodzi?
-bo dziś niedziela i akurat  miałam czas i pomyślałam, że pani może coś poradzi...



sobota, 19 lutego 2011

A czemu Ty pediatrii nie wybrałaś?

Dlaczego wybrałam tak, a nie inaczej. To znaczy czemu anestezjologia? Zawsze można powiedzieć, bo były miejsca, ale nie o to chodziło. Punktów na LEPie miałam wystarczająco, żeby myślec o innych specjalizacjach, a pomimo tego wybrałam gazownictwo...
Cóż, złożyło się na to kilka przyczyn. Po pierwsze od początku słyszałam, że to nie dla kobiety.  A we mnie przekora siedzi. Po drugie na chirurga się nie nadaję, a zawsze chciałam zabiegową dziedzinę. Naważniejsze są jednak powody inne, w postaci anestezjologów, których spotykałam w czasie mojej ścieżki edukacyjnej. Na pierwszym roku wspaniały lekarz, który nauczał nas podstaw pierwszej pomocy. Wśród anatomii, histologii i innych genetyk to była namiastka prawdziwej medycyny, cóż z tego, że na manekinie...
Następnie, w trakcie studiów, byłam świadkiem kilku sytuacji, które w skrócie wyglądały tak:
  • coś się dzieje
  • wszyscy krzyczą
  • bałagan, zamieszanie, słowa nie do powtarzania
  • przybiega anestezjolog
  • sytuacja opanowana
Tym oto sposobem pojawił się w mojej głowie obraz herosa nad herosy, który wkracza w chwili ostatniej i zawsze wie co robić.  Do tego dochodziła Intensywna Terapia- z perspektywy studenta- olimp medycyny. Bo jak nie wiadomo co z pacjentem, to na IT. I Oni, najmądrzejsi ze szpitala, wiedzieli....
To jeszcze by nie wystarczyło, bo inne specjalizacje kusiły, ale nadszedł rok studiów piąty. Nasza uczelnia posiada oddział zamiejscowy chirurgii, więc spędziliśmy kilka świetnych tygodni na imprezach i markowaniu nauki (mieszkając w domu pielgrzyma, żeby dodać pikanterii). Wiedziałam już wtedy, że chirurgiem być nie chcę (brak wyobraźni przestrzennej jako jedna z wielu przyczyn), a anestezjolog był strasznie miły. Na tyle miły, że jak przychodziłam odpowiednio wcześnie, to pozwalał mi ZAINTUBOWAĆ!! Kosztowało mnie to wiele trudu ( tu odsyłam kilka linijek wyżej- imprezy...), ale było warto. Jako jedyna z grupy zrobiłam to na studiach! A, że potem zawsze przed wręczeniem laryngoskopu pytano :czy już to pan/pani kiedyś robił? to zawsze miałam fory.

 Kiedy już zaczęłam pracę, opiekująca się mną pani doktor zapytała:
-czy intubowała pani kiedyś?
 A ja, z dumą niebywałą odpowiedziałam:
 -tak, wiele razy
Tu chciałabym skończyć to wspomnienie, ale uczciwość nie pozwala. Ona zapytała:
-wiele, znaczy ile?
A ja:
-no 16 razy!

Śmiech, jaki się rozległ w dyżurce po tym wyznaniu, dźwięczy mi w uszach do dziś....

P.S. Chyba mam jakieś cechy demencji, bo naprawdę już nie wiem, co studentów w tej intubacji tak kręci... Tyle fajnych spraw w tej anestezjologii, a oni tylko by te rury chcieli wsadzać...

poniedziałek, 7 lutego 2011

Empatia

Pani Pomidorek mieszka naprzeciwko wiejskiego ośrodka zdrowia. W pewien niedzielny wieczór postanowiła przyjść do mnie podzielić się swoim zmartwieniem.
-Pani Doktor, chyba ciśnienie mam...-zagaiła na wejściu.
Znalazłam kartę i okazało się, że faktycznie często bywa na dyżurach zgłaszając wysokie ciśnienie, co potwierdza się w badaniu. Tym razem też się potwierdziło. Wartość 230/170 mmHg zaniepokoiła mnie, lecz nie dałam po sobie poznać. Zastosowałam cały arsenał środków dostępnych w wiejskiej przychodni i zarządziłam czekanie. Podczas czekania dowiedziałam się wszystkiego na temat ciężkiego życia pani Pomidorek. O męzu, co pije. O sąsiadce, co obmawia. O sołtysie, co zaświadczeń o nieszczęściu nie chce wydać. O doktorach w szpitalu, co zamiast leczyć łapówek się domagają...
Po dwóch godzinach efektu brak.
-Pani Pomidorek, trzeba będzie do szpitala jechać. Ma panią kto zawieźć?
(Tu mała dygresja. Na transport czekałabym jakąś godzinę. Szpital jest ok 10 km od ośrodka zdrowia. Często, zamiast czekać na transport, wsiadam z pacjentem do samochodu kogoś z najbliższych. Jest po prostu szybciej. A była już pólnoc...)
-Pani doktor nikogo, nikogo nie mam...- zaczęła się denerwować.
Nie chcąc dopuścić do dalszego wzrostu ciśnienia podjęłąm decyzję.
-Dobrze, pani Pomidorek, zawiozę panią.
Pojechałyśmy do szpitala. Tam, po krótkim wyjaśnieniu, troskliwie zajęto się moją pacjentką. Ja wróciłam do ośrodka i położyłam się spać. W końcu za kilka godzin musiałam wrócić do mojego szpitala i zacząć normalną poniedziałkową pracę. Nie pospałam długo. Po 2 godzinach zadzwoniła moja komórka.
-Halo, czy to Młoda Lekarka?
-Tak to ja
-Dzwonię ze szpitala. Mamy tu panią Pomidorek, której się poprawiło. Nie wyraziła zgody na hospitalizację i teraz nie wiemy co z nią mamy zrobić.
Spojrzałam na zegarek. Była trzecia w nocy. Pomyśłałąm o tej starszej pani, która na krzesełku, w poczekalni SOR, doczekuje pierwszego porannego autobusu..
-Dobrze. Przyjadę po nią.
Pojechałam. Przywiozłam. Odstawiłam do domu (nie usłyszałam dziękuję, bo tak była zajęta pomstowaniem na lekarzy ze szpitala)

Kilka dni później opowiadałam szefowi tę historię. Uśmiał się setnie. Wytłumaczył mi, ze pani Pomidorek sprytnie kombinuje swoimi i męża lekami wywołując u siebie skoki ciśnienia. Robi to każdem nowemu lekarzowi i tym sposobem zapewnia sobie słuchacza i zajęcie na nudne wieczory. Przyznam szczerze, że nie chciało mi się w to wierzyć.

Kilka tygodni później, w drzwiach ośrodka pojawiła się znajoma twarz.
-Dzień dobry pani Pomidorek? Co panią do mnie sprowadza?
-Pani doktor chciałam zapytać, czy pani by mnie nie podwiozła do miasta?
-Słucham? Czemu miałabym panią wieźć do miasta?
-A, bo sąsiadka powiedziała mi, że w tesco dobra promocja dziś jest...
-Pani Pomidorek, czy pani sobie wyobraża, że ja zamknę ośrodek, zostawię pacjentów, żeby panią na zakupy wozić???
-Czyli, że nie?
-Oczywiście, że nie!
Tu myślałam, że sprawa zakończona. Ale pani Pomidorek ani drgnie.  W końcu, z błyskiem w oku, spytała
-Ale jakbym ciśnienia dostała, to by mnie pani musiała zawieźć co???

niedziela, 30 stycznia 2011

Intymna sprawa higieny

W życiu Młodej Lekarki wiejskiej też zdarzają się wezwania do "członka", jak  u Cre(w)mastera.
"Nie ma moczu w worku i strasznie go boli" to rozpoznanie dośc popularne. Jeśli rodzina ma możliwość, to takiego delikwenta podwozi do ośrodka, ale tym razem takiej opcji  nie było. Spakowałam torbę i pojechałam.
Na miejscu dom, typowy podwyższony kloc polski, pięter trzy. Zadbane i bogate otoczenie. W środku dość schludnie. Pacjent to pan z nieoperacyjnym nowotworem prostaty, skazany na cewnik, niedawno wypisany ze szpitala. Widać, że cierpiący. Pełen pęcherz, a w cewniku pustka.  Nie miałam sprzętu do płukania, tylko do wymiany, więc za to się zabrałam. W pewnej chwili, kiedy wszystko miałam gotowe, poprosiłam pacjenta o zsunięcie bielizny. Oj, to był błąd...Na bezdechu wykonałam wszystkie niezbędne czynności, do worka spłynęło jakieś 500 ml moczu.
Otworzyłam okno, złapałam łyk powietrza i zaczęłam rozmowę z pacjentem i jego żoną. O tym, że jak jest cewnik, to potrzebna jest większa higiena, bo będą zakażenia i będzie się zapychał i takie sytuacje będą się powtarzać... itd itp Słuchali grzecznie, kiwali głowami. W końcu żona się odezwała:
-Ja tylko nie rozumiem Pani Doktor. Bo jakby sie nie mył, czy co, to moze bym rozumiała. Ale on sie przecież raz w tygodniu ZAWSZE myje....

piątek, 14 stycznia 2011

Śmiertelny rower

Kolejna inspiracja Abnegatowa
Jako wiejska doktorka odebrałam telefon, że "Zenek umarł i pogotowie nie chce przyjechać". Po dokładniejszym wywiadzie okazało się, że niejakiego Zenka znaleziono dziś w jego domu. Od rana nie otwierał drzwi, więc w godzinach popołudniowych sąsiedzi zdecydowali się wejśc oknem. Właściciel domu "leży w toalecie, jest zimny i się nie rusza wcale". Ta sytuacja trwła około godziny, bo zanim zdecydowano się dzwonić na pogotowie to najpierw nastąpiły obrady i dzwonienie do najbliższych krewnych Zenka. Kiedy krewni przyjechali, podjęto dalsze czynności skutkujące na końcu telefonem do mnie.
Po otrzymaniu tych informacji, spakowałam papiery, znalazłam kartotekę pana Zenona i ruszyłam w drogę. Na miejscu adres znalazłam łatwo, bo przed bramą czekało na mnie kilka osób. Pod domem kilkanaście następnych.
-Pani doktor tędy, tędy proszę- prowadzą mnie do wnętrza. Tam po kawalersku- kilka starych mebli, stół i telewizor. Rozglądam się.
-Tu, tu, w łazience!
Wchodzę do wąskiej łazienki, za mną stłoczone kilka osób. Co zobaczyłam? Ciało mężczyzny,  który najwidoczniej zmarł  w pozycji siedzącej na toalecie, które tak też zesztywniało, ale potem zsunęło się z sedesu. Mówiąc rzeczowo patrzyłam na wypięty goły tyłek nieboszczyka...
Te kilkanaści osób za moimi plecami w pełnym napięcia oczekiwaniu...Ja niczym bohater z CSI. Sprawdziłam tętno, obecnośc rigor mortis i plam opadowych.
-Bardzo proszę przenieść ciało do pokoju- powiedziałam do kilku obecnych tam mężczyzn.
-A to mu nie zaszkodzi? Bośmy bali się ruszać.
-Nie, już nie...
Po przeniesieniu ciała na łóżko w pokoju obok, wszyscy zaczęli się ciekawie przyglądać, a ja usłyszałam
-On tak ma nogi podkurczone, bo pewnie se kręgosłup złamał
-Taką ma twarz siną, bo pewnie wylew miał
Ech mądrości ludowa, nie mnie się z nią nie zgadzać.
Przeszliśmy do meritum.
-na co umarł Pani Doktor?-pyta siostra zmarłego
-a na co chorował? -pytam ja
-na nic, jeszcze wczoraj rowerem jeździł...
Dobrze, że miałam kartę z przychodni. Zenon lat 65, cukrzyca t.2 insulinozależna nieleczona, nadciśnienie tętnicze nieleczone, dusznica bolesna nieleczona. Tyle z wypisu, z pobytu w szpitalu rok wcześniej, kiedy to rowerem wpadł do rowu i się połamał. Jeszcze wpis lekarza rodzinnego- przewlekła choroba alkoholowa.
-Wygląda na to, że na serce umarł-mówię
- No tak, zawsze mu mówiłam żeby on tym rowerem tyle nie jeździł, bo się w końcu wykończy!

P.S. Wyjaśniając ewentualne wątpliwości- zadzwoniłam na policję żeby dowiedzieć się, czy są tą sprawą zainteresowani. Powiedzieli, że nie. Byli wcześniej na miejscu i nie stwierdzili znamion przestępstwa.

czwartek, 30 grudnia 2010

Zabawy

Powoli słychać kolejne doniesienia o tym, kogo to poparzyło, komu paluszek urwało itd.
Najbardziej mnie denerwuje, że dotyczy to dzieci. Na końcu zawsze komunikat, że fajerwerki można sprzedawac tylko dorosłym.
Z naszego szpitalnego doświadczenia wynika, że dzieci najczęściej są poszkodowane przez dorosłych właśnie. Każdy sylwestrowy dyżur, to przegląd bezmyślności rodzicielskiej.
Te zapadły miw pamięć:
Tato odpala fajerwerki z butelek. Jeden nie wybucha. Zleca synkowi sprawdzenie co się stało. Podczas sprawdzania butelka wybucha w ręce. Nie pamiętam ile palców odpadło. Tatuś oczywiście nietknięty.
Ratownicy przywożą 3-letnie dziecko. Skrajnie wychłodzone. Była impreza, wszyscy oglądali fajerwerki. Wchodząc do domu zapomnieli o dziecku.
Nie policzę ile jest co roku przypadków poparzeń przez fajerwerki, które dzieciom kupili rodzice.

Dobrej zabawy sylwestrowej, oby w tym roku było inaczej :)

Wielu szczęśliwych chwil w NOWYM ROKU
Zrealizowania planów
Spełnienia marzeń

niedziela, 5 grudnia 2010

Babka

Kolejna część wspomnień doktorki na rubieży...
Niedzielny poranek. Jak zawsze pacjenci kapią powoli, ale nieprzerwanie.
W pewnym momencie wchodzi pani w średnim wieku.
-Pani doktor, sprawa jest..
-Słucham
-Trzeba by do babki iść, bo ją w plecach połamało i ona nie przyjdzie
-Czyjej babki? Pani babki?
-Nie no, naszej wioskowej...
Okazało się, że we wsi mieszka pani, zwana babką, która ma małą chatkę koło lasu i zajmuje się zbieraniem chrustu.
Wizyta domowa.
Mała chatka, bez wygód (znaczy wygódka jedna, na zewnątrz). W piernatach leży "babka"
- Dzień dobry pani. Jestem lekarzem Co to się stało?
- A dzień dobry dziecko. Nic.
-Nic się nie stało? A ja słyszałam, że plecy bolą...
-No bolą. Jakem się dziś schyliła, to mi tak zostało. I boli.
- To może panią zbadam i zobaczymy skąd ten ból?
-Czemu mnie chcesz badać?
-Bo jestm lekarzem...
-Ty dziecko? Toż  lekarz jest chłop. Kto to widział babę na lekarza?
 (dodam, że sytuacja miała miejce w 2010 roku...)
-no tak wyszło...
Babka pozwoliła się zbadać. Zaczęłam też zbierać wywiad lekarki.
-Kiedy pani była ostatnio u lekarza?
-Po porodzie. Ale to niemiecki lekarz był...
-Niemiecki?
-No tak, bo to na robotach w Niemczech było...
Chyba nie musze dodawać, że poza bólem mięśni pleców nic jej nie było. Wypisałam skierowanie na kilka badań dodatkowych, i pouczyłąm o konieczności kotroli u innych lekarzy, ale nie dotarła do ośrodka. Czasem pytam o babkę panie pielęgniarki i wiem, że u niej wszystko ok. Nosi chrust :) Takie przedwojenne pokolenie.

sobota, 20 listopada 2010

Oddział zamiejscowy

Ach wspominki uczelniane...Abnegat mnie zainspirował.

Uczelnia, której zawdzięczam dyplom i kilka lat wyjętych z życia, raz na jakiś czas umilała nam, studentom, życie. Umilanie polegało na wysłaniu do oddziału zamiejscowego. Jednym z nich był Oddział Psychiatrii w znanym mieście, nazwijmy je Pieczarkowo.
W dniu wyznaczonym, cała grupa studentów piątego roku  stawiła się pod drzwiami Oddziału. Nieco spóźnieni (w końcu kto by pomyślał, że autobus trasę 50 km może pokonywać 1,5 godziny), ale pełni zapału zadzwoniliśmy dzwonkiem. Drzwi otworzył elegancko ubrany mężczyzna w średnim wieku.
- My...My jesteśmy studentami. Mamy mieć zajęcia z doktorem Marewskim.
-Tak, czekałem na Państwa. Spóźnieni jak zawsze....
-No...autobus. Przepraszamy
-Dobrze, że w ogóle dotarliście. Zapraszam do obejrzenia oddziału.
Całą grupą weszliśmy na oddział. Mężczyzna zaczął opowiadać:
-W pokoju po prawej, na łóżku pod oknem pacjent Waldemar, w fazie depresyjnej choroby dwubiegunowej. Obok niego pan Tomasz chwilowo w dystymii.
- W pokoju po lewej, pan Florian, właśnie pisze swoje przemyślenia, gdyż uczęszcza na terapię, gdzie wymogiem jest codzienne pisanie. Choruje na schzorfenię.
My cichutko mówiliśmy dzien dobry i do siebie komentowaliśmy, że to jednak widać jak ktoś "ma nierówno". Kolega nawet fachowo nazwał sprawę- facies psychatrica. Nieco znudzeni, przy opisie aktualnego stanu i choroby 20stego pacjenta, poprosiliśmy o przerwę.
-Panie Doktorze, a może kilka minut przerwy? Już 1,5 godziny tak chodzimy...
-Przerwa? Jaka przerwa? Państwo macie być lekarzami, a tu nie dość, że spóźnieni, to jeszcze przerwy! A gdzie chęć nauki?
Chodziliśmy więc dalej...Słuchaliśmy...Aż...
-a tu po prawej mamy toaletę męską. Proszę wejść. Nie wstydzić się. Tolaleta odnowiona 2 lata temu przez firmę XY. Jak widzicie nie działa spłuczka w drugiej kabinie....
Kolega nie wytrzymał
- A seminarium? Mamy mieć seminarium teraz!
- No tak. Znowu się rozgadałem. Ale się doktor Marewski zezłośći. Miałem Was prosto do sali seminaryjnej przyprowadzić....

Okazało się, że dr Marewski wcale się nie zezłościł, tylko wykorzystał uroczego pomocnego pacjenta i naszą niewiedzę. Całe seminarium było poświęcone stereotypom i społecznemu odbiorowi chorób psychicznych. A my do końca studiów, na każdej imprezie, wspominaliśmy jak to nas pacjent po oddziale oprowadzał i nikt się nie zorientował...

P.S. Wszystkie dane są oczywiście nieprawdziwe. Doktor, zwany tu Marewskim, w ostatnim dniu, po zajęciach, pokazał nam gdzie w Pieczarkowie podają najlepsze grzane wino :)


 P.S.S. Wracałam dziś z Krynicy (spotkania naukowe w przemiłej atmosferze). Jako, że mój pęcherz ma teraz pojemnośc  ok 10 ml, to często znajduję się w sytuacji poszukiwania toalety. Tylko dziś udało mi się natrafić na:
To na początku deptaka w Krynicy Górskiej

To w przydrożnej restauracji. Po stuknięciu faktycznie słychać jak zbiornik się napełnia.

środa, 17 listopada 2010

Antybiotyki

Dziś w Trójce usłyszałam krótki reportaż o tym jak to Polacy nadużywają antybiotyków, bo lekarze je przepisują bez opamiętania. Mądre osoby z państwowych instytucji wypowiadały się jak to przed każdym podaniem antybiotyku lekarz winien zlecić badanie mikrobiologiczne, jak to nalezy odmawiać antybiotykow w przypadku infekcji wirusowej.  Naprawdę mądre rady, ale z praktyką nic nie mają wspólnego.
Znów zaczęłam wspominać...
W zeszłą zimę miałam dyżur na wsi. To znaczy w wiejskiej przychodni, jako lekarz opieki całodobowej.
Do ośrodka wszedł pan z córką. Córka  w wieku lat trzynastu. Wywiad: od 5 dni chora, temperatura 38 stopni, boli gardło, przyjmowała apap raz dziennie. W sobotę o godzinie 22  rodzice postanowili, że tak dalej być nie może i że chorba do poniedziałku nie doczeka. Na pytanie czy jej stan się pogorszył, usłyszałam, że nie. Ale przyszli po antybiotyk...
Jaki?-spytałam grzecznie
no bo ja wiem, pani jest lekarzem- odpowiedział tato mniej grzecznie
ach, bo myślałam, że pan też jest, skoro pan wie po co pan przychodzi...

Ale co tam, do pracy się zabrałam. Zbadałam dziewczynę porządnie, od A do Z i za nic w świecie nie znalałam nawet śladu wskazującego na bakterię. Infekcja wirusowa krzyczało całe jej ciało. Tłumaczyłam tacie długo, że antybiotyk na wirusa nie pomoże. Napisałam leki objawowe i kazałam zgłosić się, jeśli nie pomogą...Nie powiedziałam tylko kiedy... Po wysłuchaniu tyrady na temat, że on musi przeze mnie jechać do apteki  do oddalonego o 5 km miasta, wreszcie zamknęłam za nimi drzwi ośrodka. Nie tłuamczyłam, że można było się zgłosić wcześniej, nie pytałam na co liczył w ośrodku poza badaniem i receptą. Wyrzuciłam sprawę z pamięci. Nia na długo jak się okazało. Dnia następnego ( moje dyżury tam trwają czasem nawet 60 godzin) w godzinach rannych do ośrodka dzwoni ta sama młoda osoba, tym razem z mamą.
Dziecko chore, tu jakaś baba była co zamiast antybiotyk dać,jakieś gówna zapisuje. A dziecku nic po nich nie jest lepiej...-mama wykrzykuje w histerii
Ta baba to ja. Zparaszam do badania- powiedziałam grzecznie.
Po kolejnym  badniu w ciągu 12 godzin, nadal nie znalazłam powodu do antybiotyku. Wytłumaczyłam mamie, że antybiotyk nic nie pomoże i odesłałam do domu z dotychczasowym leczeniem.
O godzinie 18, po kolejnym badaniu dziecka poddałam się. Było mi żal tej dziewczynki, której było wyraźnie głupio za całą sytuację i chyba nie chciała być badana po raz kolejny w ciągu weekendu. Zpaisałam antybiotyk mówiąz wyraźnie, że nie ma co liczyć na szybkie efekty. Sprawę przekazałam koledze, który pracuje tam w tygodniu.Okazało się, że dziewczynka złosiła się także w poniedziałek, bo "antybiotyk nie działa i doktorka z weekendu jest głupia". Po tym jak odmówił zapisania innego i jeszcze raz odradził w ogóle jego stosowanie, dowiedział się, że "porządnie, to umieją leczyć tylko za pieniądze, darmozjady jedne"
I oczywiście mogłabym wziąć winę na siebie i pomyśleć, że po prostu źle wytłumaczyłam sprawę, ale mam wrażenie, że to chyba nie to....
Inna sprawa to badania mikrobiologiczne. Niewiele osób zdaje sobię sprawę z tego, że na wynik czeka się minimum 3 dni.
Zebralo mi się na wspomnienia lekarza wiejskiego.
Godzina 3 nad ranem, dzwoni telefon
-proszę ośrodek
-halo
-tak słucham
-halo!!! to ja dzwonię
-słucham panią
-jest tam jakiś doktór dziś?
-jestem. A co się dzieje?
-no nic
-to w jakiej sprawie pani dzwoni?
-bo mnie nogi bolą
-a od kiedy te nogi bolą?
-a pani...będzie ze 40 lat...

środa, 10 listopada 2010

Waldek

Remont w naszych warunkach. Byłam ostatnio w dyżurce u siebie w szpitalu, celem dręczenia kolegów widokiem mojej obijającej się osoby. Akurat trafiłam na przeprowadzkę. Do dyżurki weszło pięciu panów
-my po stół
Grzecznie odpowiedzieliśmy:
-bardzo prosimy, tam stoi
Oni:
-ale nogi ma- z wyraźnym zaskoczeniem w głosach
-no...jak to stół- my też zaskoczeni ich zaskoczeniem
-to trza czekać
-na co?
-na Waldka, on ma imbus
Czekaliśmy 20 minut. Wspomniany Waldek pojawił się i zaczął odkręcać nogi. Koledzy patrzyli, ale wydedukowałam, że pewnie tylko Waldek ma odkręcanie nóg wpisane w zakres obowiązków.
Kiedy skończył, każdy z czterech panów chwycił po nodze, piąty wziął blat, a pan Waldek nióśł imbus, bo nic dla niego nie zostało. Rozjrzałam się po dyżurce i pytam:
-czy oni mają dziś wszystko wynieść?
-no tak szafki, szafeczki, krzesła, wersalkę...wszystko
-to czemu oni w sześciu jeden stół niosą?
-poczekaj, zobaczysz....

Po jakimś czasie panowie wrócili
-my po szafkę
-bardzo proszę, tam stoi
-ooo szuflady ma...musimy poczekać...
-na Waldka!
-skąd pani wie???

czwartek, 4 listopada 2010

Nie pisaty, nie czytaty

Z nieodległych wspomnień:
Tego dnia pracowałam w pokoju konsultacyjnym. To znaczy do moich obowiązków należało: rozmawiać z rodzicami dzieci i dziećmi o znieczuleniu, tłumaczyć im w czym rzecz, zbierać informacje i najważniejsze- uzyskiwać zgody na znieczulenie.
Standardowa procedura wygląda tak: rodzic proszony jest o wypełnienie niedługiej ankiety na temat dziecka ( czy choruje, czy było znieczulane, czy ma na coś uczulenia). Potem z wypełnioną ankietą wchodzi do pokoju i tam analizujemy pytania po kolei wyjaśniająć wątpliwości, badam dziecko, tłumaczę i podpisujemy.
Pomimo napisu na drzwiach "prosimy o wypełnienie ankiety przed wejściem do pokoju" oraz napisu wielkimi literami na ankiecie "wypełniają rodzice dziecka", dziewięć osób na dziesięć wchodzi z ankietą nie wypełnioną...
Już się przyzwyczaiłam do pytań:
"to ja mam to wypełnić?"
"ale o so chozi?"

Wszystkich przebił jeden tato...
Zapach dotarł do mnie wcześniej niż pojawił się rodzic. Smród niemytego nigdy ciała pomieszany z ropnym zapachem najprawdopodobniej popsutych zębów podrasowany wyziewami wczorajszego wina- tak w skrócie można opisać co dotarło do mojego nosa. Cóż do pracy się trzeba zabrać. Nawet nie pytałam czemu nie wypełnił ankiety i proszę grzecznie by zrobił to przy mnie, a ja pomogę w razie wątpliwości.
Zagłębił się w lekturze i słyszę
on- I....mie....Co mam tu wpisać?
ja- imię dziecka
on- którego?
ja- tego co ma mieć operację jutro
on- znaczy którego?
ja- na ja mam papiery Pawełka...
on- to co wpisać?
ja- Paweł
On czyta-na...zwi...sko...To co mam tu wpisać?
ja- nazwisko syna
on- ale którego?

Ten kwestionariusz ma stronę formatu A4 i kilkanaście pytań. Oczywiście na żadne nie uzyskałam odpowiedzi. Najtrudniejsze było wytłumaczyć w sposób zrozumiały dla rodzica na czym polegać bedzie znieczulenie i uzyskać ŚWIADOMĄ zgodę. Bo mogłam po prostu powiedzieć "podpisz pan tu"...

niedziela, 24 października 2010

Mieć podejście

Zainspirowana komentarzami na blogu Abnegata przypomniałam sobie o mojej ulubionej sytuacji z pracy. Miało to miejsce czas jakiś temu.
Mały człowiek, lat 6, ma mieć usuwane znamię (lekarze określają jako łagodne, zalecają obserwację, ale mama stanowczo domaga się usunięcia). Zabieg, który u dorosłego odbyłby sie w znieczuleniu miejscowym, ale u dziecka nie da rady. Trzeba znieczulić ogólnie. Czyli wszystkie konsekwencje znieczulenia ogólnego.
(tu dygresja- jak człowieka znieczulają żeby spał, to nie ma "trochę", "lekko", "ino ino"- znieczulenie ogólne z takimi samymi możliwymi efektami jak "zwyczajne")
Przed zabiegiem dziecko dostało lekarstwo na odwagę- zadziałało świetnie, bo wcześniej dzieciak nawet na mnie nie spojrzał wtulony w pierś mamy, drący się "DAJ CYCA"!
Na mój pytający wzrok usłyszałam "no dziś mu nie dawałam, ale on w nocy jeszcze ssie, nie chce się odzwyczaić"
Po lekarstwie udało nam się nawiązać kontakt wzrokowy. Rozmawiamy sobie o tym, że na komputerze włączę mu ulubioną bajkę, przechodzimy do konkretów-który odcinek? Jest dobrze. Sam wchodzi na wózek, gotowy obejrzeć mój "Największy W Mieście Komputer" i.....
Mama w ryk...Nie płacz, nie szloch, ale RYK!!! I w te słowa- ale niech mi pani obieca, żo on nie umrze! Że on się nie obudzi i nie zobaczy jak go kroją!!!  Że on do mnie wróci i że go nigdzie nie zabierzecie!!!
Chyba łatwo wyobrazić sobie reakcję dziecka....

 Nasze zachowanie jako dorosłych ma naprawdę ogromny wpływ na dzieci.