Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolonijne życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolonijne życie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 listopada 2013

Czas kolonii cz. 4

Wieczorem pierwszego dnia Młoda mogła w końcu przejrzeć plan kolonii i porównać z rzeczywistością
"Wysoko wykwalifikowana kadra" w folderze, w realu oznaczała- kierownika starego wygę, mistrza oszczędzania. Kilkoro darmowych, bo pierwszorazowych, wychowawów i w miarę doświadczonych dwóch (Młodą i Wopra)
"Ośrodek z basenem"- nie basenem, a zbiornikiem przeciwpowodziowym. I do tego pustym od lat...
"Gry i zajęcia sportowe"- tu Młoda popatrzyła na dwie rakietki do tenisa stołowego- jedna ze złamaną rączką, i na flaka piłki do siatkówki. Oj, będzie gimnastyka, żeby coś z tego wykrzesać.
"Konkursy z nagrodami"- chyba trzeba będzie urządzić konkurs na to, jak jedną kredką obdzielić pięcioro dzieci.
"Do morza 100 metrów"- całkiem prawda. Tylko w linii prostej. No i plaża kolonijna jest jakieś 2 km od ośrodka, z ruchliwą nadmorską trasą po drodze.
"Domowe jedzenie"- jak on to osiągną na stołówce na 500 osób???

Wopr był miłym ratownikiem/ wychowawcą (łączenie funkcji w ramach jednej pensji to nieprzemijający hit wśród organizatorów kolonii). Sporo jeździł, więc wiedział co nieco o kierowniku. Znany pies na baby i baaardzo lubiany w biurze organizatora. Czemu lubiany? Bo wie, jak wynająć 2 autokary i zmieścić tam dzieciaki z trzech.Bo wie gdzie kupić najbardziej badziewne nagrody na koniec kolonii (1zł sztuka). Bo wie, że pani X, z biura, trzeba przywieźć z nad morza broszkę z bursztynu. No i wie jak ustawić wychowawców żeby nie narzekali :)

 Dzieciaki były fajne, bo prawie zawsze są. Okazało się, jak zwykle, że pokoje nieważne, że basen nieważny, że nawet plaża nieważna, bo najważniejsza jest atmosfera. A ta zależy głównie od chęci wychowawców. O tej w folderze nie było słowa, ale na szczęście dopisała. I kolejną kolonię można było zaliczyć do udanych. 





piątek, 2 września 2011

Czas kolonii cz.3

Młoda ma pod opieką grupę maluchów. Idą przez miejscowość. Parami. Młoda idzie z tyłu i jak głuchy telefon puszcza informacje:
"Uwaga uwaga ogon do głowy -idziemy wolniej" i dzieci powtarzają to sobie. Dobrze się idzie. Dzieci grzecznie słuchają "ogona". Do czasu... Gdy gdzieś z połowy kolumny dobiega: "uwaga uwaga ogon do głowy- biegniemy!!!!!!"
Przechodzący obok ludzie widzą, jak grupa około dwudziestu dzieci biegnie szybciutko (utrzymując szyk parami), a za nimi pędzi Młoda krzycząc co sił "ogon mówi STOP!!!!"


Młoda ma pod opieką korytarz. Jest po 23, cisza nocna. Młodzież w pokojach. Uchylają się drzwi pokoju starszych dziewcząt. Wyłania się zjawisko. Zgrabna szesnastolatka w bardzo skąpej bieliźnie (żeby nie było, że jestem pruderyjna, ale stringi i biustonosz, to dla mnie trochę mało, żeby uznać kogoś za ubranego)
-A Ty dokąd? Nie wiesz, że jest cisza nocna?
-Ja do chłopaków...Baterię chcę oddać...
-Taka goła???
-Jaka goła? Przecież stanik włożyłam!

Telefon od Rodzicielki
-Pani Młoda? Dzwonię, żeby powiedzieć, że nie będę mogła odebrać syna z kolonii w dniu przyjazdu, tylko dzień później. Gdzie się możemy umówić?


poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Czas kolonii cz. 2

Dzieciaki mają pkoje, ale przecież trzeba tam wnieść bagaże. "Kocham plecaki" myśli Młoda targając kolejną elegancką walizkę na kółkach na trzecie piętro. Wszytskie dzieci popakowane jakby przyjechały na rok. Choś Młoda może się założyć, że połowa ze środków higieny nie zostanei nawet wyjęta z walizek.
Mając już własną grupę Młoda robi zbiókę. Trzeba się zapoznać.
Dla osób początkujących najlepsze są grupy maluchów- sporo pracy, ale mała szansa na głupie pomysły. Najbardziej hardkorowe są oczywiście grupy najstarsze. Ale tu najmniej pracy- oni i tak chcą mieć wolne od wychowawcy. Oczywiśćie ulubione grupy większości wychowawców, to te pośrednie. Na tyle duzi,  że nie trzeba o wszystkim myśleć i przypominać, a na tyle mali, że nie rozrabiają szczególnie.
Po zapoznaniu nadchodzi czas na konkrety- zbieranie pieniędzy, cennych przedmiotów i leków. Młoda jest sprytna i przywozi ze sobą kilkanaście kopert. Pieniądze każdego dziecka wkłada do osobnej podpisanej jego imieniem i znacznie ułatwia to rachunki. Część dzieci nie chce dać pieniędzy- rodzice nie pozwolili. Oczywiście Młoda odbiera kilkanaście telefonów z pretensjami, że zabiera dzieciom kasę. Tymczasem prawda jest taka, że kradzieże zdarzają się naprawdę rzadko, za to częściej ukrywanie (zpominiałem, gdzie schowałem) lub gubienie. Dzieci dają do kopert standardowe sumy, zostawiając sobie kilkanaście żlotych. Wyjątkiem jest dziewczynka, która daje Mlodej 3 tysiace złotych. I nie wie czy ma oddać kartę kredytową też? Szkoda,że nie można zabrać im komórek. Nie mija 10 minut, jak już podnosi się alarm, że któremuś ukradli. Na szczęście trudno ukraść  komórkę na której dziecko siedzi (schował do tapczanu żeby mu nie ukradli). Młoda prosi też o leki. W ofercie koloni jest oczywiście opieka medyczna, ale rodzice wiedzą lepiej. Dzieciaki przygotowane są na wszystko, łącznie z zakażeniem świńską grypą, awarią elektrowni atomowej czy amputacją nogi. No i okazuje się, że połowa dzieciaków to astmatycy, alergicy, chorzy na grzybicę, łuszczycę, padaczkę, tyko syfilytyków brak. Młoda próbuje sobie przypomnieć kartę, w której miałaby choć cień informacji o chorobie dziecka. To chyba tajna informacja, bo żaden rodzić się do tego nie przyznał. No i dylemat gotowy. Dziecko twierdzi, że przyjmuje dane leki codziennie, a papieru na ten temat nie uświadczysz. Wreszcie Młoda cieszy się na widok komórki.
Po wstępnym zapoznaniu grup, następuje apel ogólny. Tu dzieci dowadują się, że będą wycieczki (hurra), że nie wolno pić ani palić (łeee), że trzeba słuchać wychowawców, że śniadanie będzie o 8 rano (tu do "łee" zgodnie przyłącza się kadra) oraz, że wszyscy przyjechali się tu świetnie bawić. Młoda rozgląda się po twarzach innych wychowawców.
Wychowawcy kolonijni to bardzo złożona grupa. Najczęściej spotykane typy to:
Swieżynek- student pragnący dorobić w wakacje. Świeżo po kursie. Nigdy nie widomo co z niego wyniknie- super wychowawca, albo skrajnie nieodpowiedzialny typ
Stara Wyga Nauczycielka- jeździ na kolonie od miliona lat. Wie wszystko. Nienawidzi dzieci. Najczęściej przyjeżdżają w parach i zamiast opieki nad dziećmi z lubością oddają sie romansom letnim. Uwielbiane przez rodziców, obce dla dzieci. Kładą się do łóżek o 22 i mają gdzieś co się dzieje z ich wychowankami.
Nauczyciel/ka z powołania- najczęściej młodzi ludzie, którzy lubią dzieci ( krótko pracują w zawodzie) i którym się chce. Czasem za bardzo. Wpędzaja w kompleksy innych wychowawców. Ich grupa nigdy nie ma "czasu wolnego", oni zawsze w biegu. Obładowani ksiażkami na temat zbaw integracyjnych czy gier zespołowych.
cdn.



piątek, 19 sierpnia 2011

Czas kolonii cz. 1

Kończa się wakacje, ostatni koloniści wracają w objęcia stęsknionych rodziców. Część zadowolona, część nie. Większość raczej wypoczęta. Kto nie ma siły unieść plecaka i marzy o przespaniu nocy? Wychowawcy.
Jak to wygląda od ich strony?
Najpierw Młoda postanowiła poszukać pracy wakacyjnej. Niestety nie było za wielkiego wyboru (było to dobre kilka lat temu). Zrobiła więc kurs wychowawcy kolonijnego (2,5 dnia) i udała się na obchód lokalnych biur podróży. Wszędzie jej odmawiali, bo nie miala doświadczenia.  W końcu, jedno biuro się zlitowało i zatrudniło ją za stawkę grubo poniżej jakiejkolwiek przyzwoitości. Ale potem już miała doświadczenie i mogła jeździć na kolonie!
Nadszedł czas wyjazdu. Miejsce zbiórki- parking w centrum, godzina 22. Młoda czeka wcześniej- w koncu kadara musi dawać przykład. Powoli przyjeżdzają auta, z których wysypują się dzieci i rodzice. Na początku spokojnie- czy to tu? czy jedziecie tam? Kadra też ma czas na zapoznanie. Z reguły ktoś kogoś już zna z poprzednich wyjazdów. Ktoś coś słyszał dobrego albo złego o kierowniku. Nic to, trzeba jechać. Kierownik ogłasza pakowanie dzieci do autokarów.Nic trudnego- sprawdzić dzieciaka na liscie, wziąć od rodziców kartę informacyjną, rzucić na nią okiem ( czy nie ma tam podejrzanych wpisów, jak ADHD), walizki do luku i gotowe. Szkoda tylko, że zawsze kilku dzieci na liście nie ma. Albo są inne niż te, które przyjechały. Nerwowe wydzwanianie do biura, rodzice wymachujący potwierdzeniem zapłaty. Uff, udało się. Mamy komplet  w autokarach. Kadra się dzieli i można ruszać. Oczywiście zanim ruszymy należy ich policzyć. Lekko nie jest, bo wszystkie twarze obce, do tego ciągle się ruszają. kątem oka zaczyna się pierwszy skan- na pokładzie Młoda zauważyła dwie pary, dwóch płaczków i jednego prowodyra. O jest i dupowłazik- pomaga liczyć i mówi, że chciałby żeby była jego wychowawczynią- jeszcze nawet nie ruszyli!
Kto z was potrzebuje aviomarinu prosze wziąć! Młoda jeszcze mówi- dzieciaki się nie znają i są dość grzeczne. Oczywiście nikt nie potrzebuje. Tak jak i siku. Wyjeżdżają z miasta w stronę morza...Jakieś dziesięc minut później zaczyna się niekończaca pielgrzymka-naprzemiennie "siku" i "niedobrze mi". Kierowca, stary wyga, nie zrobi postoju wcześniej niż po 100 km. Chłopiec, na oko jakieś 10 lat,  nie wytrzymuje i rzyga. Wyrzyguje wszystko co zjadł w drodze: paczkę chipsów, żelki, dwie puszki coli, rogalika, draże, jajko kinder, pół czekolady i trzy batoniki. No tak, myśli Młoda, w końcu jedziemy już 15 minut! Po chłopcu rzyga jeszcze dziesięcioro dzieci. Na szczęście wyjechali na noc i część dzieciaków usypia. Młoda nie zapomina jednak o parach. "No i jak tam się jedzie?" Pytanie najwyraźniej przeszkadza parze piętnastolatków we wzajemnej eksploracji jam ustnych. Ani śladu zawstydzenia. Nawet kiedy Młoda prosi by wyjął rękę spod bluzki koleżanki ( no przynajmniej na czas rozmowy). Para ma pytanie- czy oni mogą mieć wspólny pokój? Bo wiedzą, że nie ma koedukacji, ale oni by tak chcieli. Oni nawet szczoteczke do zębów mają wspólną...Nie ma opcji? Nie ma problemu, w końcu pary są dwie. Już się dogadali, że dziewczyny biorą pokój razem i ich chłopacy też. Potem się rozmieszczą inaczej. Młoda wdaje się w pogawędkę. czemu na kolonie? Bo rodzice nie puścili na wspólne wakacje, a przecież on niedługo skończy szesnaście, więc się dziwi czemu nie puścili... Młoda przypomina sobie z kursu, że jeśli nieletnia zajdzie w ciąże na kolonii to mogą Młodą o alimenty pozwać...
Podróż mija spokojnie przerywana tylko postojami podczas których Młoda obczaja palaczy i piwoszy. W pamięci notuje chłopaka, który nieco za głośno chwali się, że ojciec dał mu dwa łyskacze na piętnaste urodziny. W międzyczasie pilnuje dzieciaków- połowa dzwoni do rodziców. Młoda udziela informacji- jesteśmy w Zadupiu Górnym- połowa drogi. Może zadzwonisz do mamy jak już dojedziemy?  W końcu jest 3 nad ranem...
Dojechali! Ośrodek zgodnie z katalogiem ma w ofercie pokoje 2,3,4 osobowe. Nikt nie chce być w 4 osobowym. Zaczynają się kótnie. Tak naprawde to potem okazuje się, że w tych wieloosobowych jest najfajniej, ale Młoda wie, że nie ma szans tego wytłumaczyć. Odbiera więc miliony połączeń od rodziców "bo Pawełek ma być w pokoju z Krzysiem. I z nikim innym!" Po jakimś czasie udaje się opanować zamęt. Dzieci idą do pokojów. Jeszcze tylko " prosze pani w naszej łazience jest strasznie mały prysznic- u nas w domu to nawet moja niania w swoim pokoju ma większy!" i "to ma być basen??? Nasz jest większy." Młoda ma chwilę na poznanie kierownika i spojrzenie na listę przydzielonej grupy.
cdn...

niedziela, 7 listopada 2010

wpadka

Zebrało mi się na wspominki kolonijne, więc oto ciąg dalszy.

Kolonia nad morzem, opiekowałam się grupą chłopców w wieku 7-10 lat. Grupa spora, ale do opanowania. Poza czterema gagatkami, mieszkającymi w tym samym pokoju. Pewnego dnia, mając w prespektywie wycieczkę po mieście, gdzie dyscyplina jest naprawdę ważna, postanowiłam ich przekupić.
-chłopcy, jak dziś będziecie grzeczni i nie będę musiała Wam zwracać uwagi to dostaniecie nagrodę!
-uhm..a jaką?
- otóż, nie będziecie musieli się wieczorem myć. Będzie DZIEŃ BRUDASA!!!
Kto próbował zmusić czterech osmiolatków do umycia się wieczorem, wie dobrze, że zapowiedziana nagroda była świetna.
Chłopcy sprawowali się jak anioły, sami pilnowali par, nawet patrzyli czy inne dzieci trzymają się w kolumnie. Nie było rady, trzeba było wywiązać się z obietnicy. Wieczorem więc uzgodniliśmy, że dzień brudasa nie dotyczy zębów i te trzeba umyć, ale poza tym myć się nie trzeba. Po krótkiej ocenie sytuacji (wracaliśmy plażą, sytuacja stopowo- łydkowa była beznadziejna) zarządziłam, że śpimy nie w pościeli, ale pod kocami. Chłopcy byli zachwyceni. Nastąpił wieczorny rytuał:
- niech nam pani powie straszną opowieść!!!
-żeby była krew i zombiaki!
-i wampiry!
-i wilkołaki!
- i sczelanie!
- i wszystko żeby było!

Po buziakach w czółka, na dobranoc, wreszcie zamknęłam za sobą drzwi pokoju. Na korytarzu czekały dwie bardzo eleganckie osoby
-czy pani jest wychowawczynią Pawełka?
-tak
-my jesteśmy rodzicami. Późno już, wiemy, ale dopiero teraz dojechaliśmy i bardzo się chcemy z nim przywitać...Można?
- hmmm...chłopcy już śpią...
Zza drzwi usłyszeliśmy krzyki chłopców.
-MAMA!!! TATA!!!
-proszę wejść oczywiście- wymamrotałam...

Nie musze opisywać reakcji rodziców na widok syna i kolegów leżących pod kocami zamiast w pościeli, brudnych jak tylko mali chłopcy potrafią....Informacja o dniu brudasa nie spotkała się ze zrozumieniem.O ile wybroniłam innych, to Pawełek miał przechlapane. I to dosłownie, bo mama postanowiła go wykąpać...

sobota, 6 listopada 2010

sauna

W latach studenckich często jeździłam na kolonie i obozy jako wychowawczyni.
Biura były różne, a co za tym idzie różna klientela. Czasem rozwydrzone dzieci z bogatych domów, czasem branżówki (szpital, sąd, fabryka).
Najpiękniejsze wspomnienie mam właśnie z branżowej kolonii zafundowanej przez jakąś cementownię, czy inną dużą firmę. Spory turnus ok. 150 dzieciaków, znakomita większość z maleńkich miejscowości. Przyjechaliśmy nad morze, dla większości był to pierwszy wyjazd w życiu. Pracowało się z nimi cudownie, grzeczni, ułożeni, dbający o siebie nawzajemi i ...nieco onieśmieleni tym, że ktoś ma dla nich czas.  Ochoczo brali udział w zabawach, turniejach, kursie tańca i wszystkim co zdołaliśmy wymyślić. Wreszcie nadszedł czas wyjazdu do Sopotu. Wcześniej opowiadma mojej grupie dziewczynek 10-13 lat co też tam nas czeka:
- a potem pódziemy na molo i tam będziecie mieć czas wolny że by zrobić sobie zdjęcia...
- a co to MOLO?

Inna sytuacja:
-dziś mamy dla Was niespodziankę i ponieważ nasza grupa wygrywa w konkursie czystości to zabieram Was na gofry!Chcecie?
odpowiadają mi niemrawe głosiki
-no chcemy...a co to GOFRY?

No i moja ulubiona:
Jedziemy autokarem do Parku Wodnego. Opowiadam o atrakcjach, o tym gdzie można, a gdzie nie można wchodzić.
-Będzie tam też sauna, ale proszę nie wchodzić bez zapytania. Musicie powiedziać któremuś z wychowawców, dobrze?
-Dobrze!...A co to SAUNA?
- Ktoś wie co to sauna?
- ja wiem! ja wiem!- wyrywa się jedna mała rezolutna- ja się uczyłam na biologii- istnieje sauna i flora!!!

Tę kolonię wspominam najlepiej, potem co roku kombinowałam jak tu zrobić, żeby pojechać z cementownią, ale awansowałam i zmagałam się z trudami bycia kierowniczką. Ale to już całkiem inne historie...