poniedziałek, 3 lipca 2017

Pacjentka vol.1

Poszła Młoda Lekarka do gina. Do koleżanki znaczy.
-Co u Ciebie? Jak Nowy? Jakie plany na Sylwestra?
Takie wiecie- koleżeńskie gadanie. Badanie w tym czasie, jakby mimochodem.
-Rozluźnij się. Połóż się- zrobię USG.
W trakcie USG koleżanka skupiła się na kilka chwil. Zamyśliła, zapatrzyła w ekran.
Po czym odwróciła monitor w moją stronę i mówi
- Wiesz, masz guza na jajniku. Sporego- 8 cm.
Tu pokazuje palcem na kształt na USG
 - Pewnie potworniak, bo w zeszłym roku go nie było... Nie martw się na razie. Zrób markery i umów się na usunięcie w Klinice. Tu masz namiar na mojego kolegę- on wyznaczy Ci termin. Ale wiesz, spokojnie, bez paniki.

Hm...
I wiecie co?
Nie spanikowałam. Koleżanka jest doskonałym specjalistą. Jak mówi potworniak, to pewnie tak jest. Nic strasznego. Łagodny nowotwór pokazywany często studentom. W końcu, czy jest coś bardziej spektakularnego niż guz z zębem, czy włosami, w środku?

Markery zrobiłam- były ok. Zadzwoniłam do poleconego lekarza. Akurat jechał na konferencje (nomen omen z raków jajnika), więc "na spokojnie" termin za 3 tygodnie.

"Doskonale" pomyślała Młoda Lekarka. Na 2 tygodnie zablokowała przyjmowanie pacjentów w prywatnym gabinecie i zaczęła się zastanawiać, czy ma piżamkę do szpitala.

"Skoro mam na zabieg czekać tyle czasu, to może zrobię sobie jeszcze kilka badań. Tak na wszelki?"- pomyślała, bo jednak gdzieś tam głęboko wolała być spokojniejsza.
Więc w przerwie między jednym a drugim pacjentem, skoczyła na USG brzucha
A tam? Pani doktor robiąca badanie mówi:
-no na jajniku jest duży guz, ale to już Młoda Lekarko wiesz, Tylko w wątrobie masz takie niefajne zmiany. Nie wiem co to jest na sto procent, więc zrób proszę tomografię.Ale raczej naczyniaki, więc bez paniki.

Hm...
I wiecie co?
Nie spanikowałam. Umówiłam się na tomografię i dalej szukałam "szpitalnej" piżamy. W końcu naczyniaki wątroby normalna sprawa- ma je do 20% populacji. Więc pewnie i ja.
Nie będę się martwiła niepotrzebnie.Wynik tomografii niejednoznaczny- miałam go jakieś 2 minuty po badaniu, bo miła pani doktor radiolog sama była ciekawa co i jak.
Niejednoznaczny- czyli nie dostałam potwierdzenia, że to tylko naczyniaki.

Hm...
I wiecie co?
Tu zaczęłam nieco panikować.
Na szczęście kolega pracuje w firmie robiącej rezonanse. na szczęście jest świetnym radiologiem. Na szczęście już dzień później wiedziałam, że to tylko naczyniaki.

Tym sposobem do szpitala przyjmowałam się z uśmiechem na ustach i myślą, że wreszcie się przekonam jak to jest usnąć po dożylnym leku. Piżamę miałam jedną różową, drugą szarą. Do tego klapeczki. Szaro-różowe- żeby pasowały. Na paznokciach elegancki frencz. Szłam w końcu na rutynowy zabieg. Znieczulać miała mnie koleżanka, operować spec od laparoskopii.

"Czego tu się bać?" myślała Młoda Lekarka dziarsko przekraczając próg szpitala...

c.d.n





niedziela, 17 lipca 2016

Blaski sławy...

Nie uaktualniałam bloga już od pewnego czasu. Związane jest to z kilkoma czynnikami. Jeden z nich to kłopot zdrowotny, który miałam i który będzie mnie jeszcze kilkanaście lat prześladował. I który aż się prosi, żeby go opisać. Tylko jeszcze gotowości brak.

 Drugi powód to zmęczenie i frustracja związana z pracą- ciężko jest wynajdować śmieszne perełki, kiedy człowiek marzy tylko o jak najszybszym opuszczeniu miejsca kaźni...

Ale ja nie o tym chciałam.

Kilka miesięcy temu uczestniczyłam w kursie ALS (tak tak, te 5 lat minęło bardzo szybko). Kurs był dobry, zajęcia uczciwie prowadzone. Najciekawsze natomiast zdarzyło się w ostatni dzień. Jednym z instruktorów był przystojny rezydent anestezjologii. W trakcie przerwy podszedł do mnie i zapytał
- Młoda Lekarko- czy Ty czasem nie pisałaś kiedyś bloga?
- Tak...-odparłam nieco speszona
- To ja go znam!- entuzjastycznie odpowiedział przystojniak

Ach, och...jak to miło- pomyślałam. Usłyszałam zwyczajowe pochwały (w końcu gdyby chciał skrytykować, to pewnie by nie pytał). Nieco urosłam. Uśmiech mi się poszerzył. W końcu taki fajny facet chwali moje wypociny...A na końcu, wisienka na torcie:

- Czytałem go gdzieś na początku studiów!

Ehhh...Obawiam się, że na to nawet wiadro botoksu nie pomoże....

niedziela, 22 listopada 2015

Po drugiej stronie

Uwaga!   Wpis edukacyjny


Proszę Pani...No jak tak można o siebie nie dbać...? No jak można...? Do ginekologa kobiety powinny chodzić co roku- to naprawdę ważne- wymądrzała się Młoda Lekarka do pacjentki z pokrzywką (jedną z przyczyn pokrzywki może być stan zapalny w obrębie narządów miednicy).

I kiedy wróciła do dyżurki postanowiła sprawdzić kiedy ona ostatnio była.

Zadzwoniła, zapytała.
I umówiła się na wizytę,  bo okazało się, że właśnie minął rok.

Tak szybko???? Kiedy to się stało????

A Ty, czytelniczko tego bloga, kiedy byłaś u swojego "gina"?


wtorek, 21 lipca 2015

Hipokryzja

Proszę Państwa
Było mi bardzo miło uczyć Was jak powinien wyglądać kontakt z pacjentem.

A teraz zapraszam do gabinetu poradni specjalistycznej:

Gdzie NFZ przewiduje 15 minut na pacjenta.
Gdzie pacjent czeka na wizytę 8 miesięcy(!)
Gdzie codziennie pojawia się kilku pacjentów ze skierowaniem z dopiskiem "pilne".
Gdzie codziennie pojawia się kilku pacjentów tej poradni "bo im się pogorszyło, a termin mają za miesiąc/dwa"
Gdzie codziennie odbieram kilka telefonów "dzwonię z sekretariatu prezesa/naczelnika/profesora X- ma on ogromną prośbę- chodzi o jego matkę/babkę/kochankę/dziecko kochanki/psa sąsiadki"


No i czasem, ale tylko czasem, są takie momenty kiedy....

Ja- W czym mogę pomóc?
Pacjentka-Chodzi o pieprzyki. Czytałam ostatnio w gazecie, że trzeba je kontrolować, więc jestem
Ja- Oczywiście, jeśli Panią coś niepokoi. Zbadam dermatoskopem. Proszę się rozebrać.
Pacjentka rozbiera się....

Moim oczom ukazuje się jakieś 300-400 znamion barwnikowych

Ja-osuwając się z powrotem na krzesło- O NIE!!!!!!

Profesjonalizm Młodej Lekarki....
.....w wersji sponsorowanej przez NFZ







piątek, 20 lutego 2015

Kolejki

Wyobraźcie sobie supermarket przed świętami.
Niewyobrażalne ilości klientów. Jak co roku w tym okresie.
Każdy z nich przyszedł tu z jakiegoś ważnego dla niego powodu. Jeden musi zrobić całościowe zakupy dla rodziny, inny szuka prezentu dla wujka, a jeszcze inny, z obłędem w oczach, biegnie po jajka, bo właśnie się skończyły. Każdy z nich w pewnym momencie chce zapłacić i wrócić do domu.

Niestety czynna jest tylko jedna kasa. Ogonek ciągnie się więc kolejno przez dział warzyw, kasz, słodyczy, zabawek i napojów. Wszyscy zdenerwowani. Każdy chciałby już wyjść.
Ktoś w końcu chwyta za telefon i dzwoni do kuzyna z telewizji. To przecież gruba przesada- żeby taki znany i dobry market nie przewidział wzmożonego ruchu w tym okresie? Ktoś inny dzwoni do pani z lokalnej gazety i powoli na miejsce zjeżdżają się reporterzy. Kierownik sklepu, zaalarmowany przez ochroniarza, wychodzi do ludzi i przed kamery.
"Rozumiem wzburzenie moich klientów"- mówi- "mają oni niezbywalne prawo być obsłużeni na najwyższym poziomie, a ta kasjerka jest niewydolna. Zapomniała już, co przyrzekała przy przyjęciu do pracy i uporczywie odmawia pracy w nadgodzinach. Sprawy tak nie zostawię i znajdę jakieś rozwiązanie"
Tłum klientów wiwatuje.
Kasjerka nie wie, co się dzieje, bo uwija się jak w ukropie i pilnuje, żeby każdemu klientowi wypełnić karę stałego klienta, ankietę satysfakcji i formularz oczekiwań. W końcu codziennie jest z tego rozliczana.

W czasie, kiedy z bura dyrekcji dochodzą odgłosy intensywnej pracy umysłowej, umęczeni klienci widza rzecz nieprawdopodobną. Kasjerka w pewnym momencie wstaje, zamyka kasę i próbuje wyjść!!!!
Pierwszy w kolejce klient łapie ją za służbowy uniform i głośno domaga się wyjaśnień. Do rozgorączkowanego tłumu dociera tylko, ...koniec pracy...do innego marketu....płacą...

Nie usłyszeli,że za nadwykonania, tfu... za nadgodziny, jej nie tylko -nie płacą, ale jeszcze wlepiają karę. Że w innym markecie nie musi obsługiwać 2,7 klienta na minutę i że lepiej płacą. Wiedzą jedno: kasjerka przoduje w tabeli zarobków gazety "Hiperekstrasuper" i widziano ją w nowej kurtce.

Zdenerwowanie klientów rośnie. Pod biurem dyrektora kręci się coraz więcej niezadowolonych osób. Reporterzy gorączkowo dzwonią do swoich redakcji. Wszystko wskazuje na to, że będzie "headline' do wieczornych programów.
Z nieprawdopodobnym wyczuciem chwili, przed wzburzonym tłumem staje dyrektor.
" Przynoszę Wam, moi klienci cudowne rozwiązanie. Myślałem nad nim całe 4 minuty i oto co  uleczy tą sytuację..."
Klienci, reporterzy i nawet ochroniarz, wpatrują się w dyrektora. Tylko błyski fleszy zakłócają ten moment.
" Oto karta klienta pierwszej potrzeby. Taką kartę otrzyma każdy, kto ma naprawdę ważne zakupy. Dzięki niej ominie kolejkę i szybko wróci do domu. Na tą okoliczność dział marketingu przygotował dla Państwa reklamy telewizyjne i stronę www"

Tłum wiwatuje. Radość zdaje się być zaraźliwa. Nawet pracownicy prasy, z natury podejrzliwi, dają się unieść zbiorowej fali radości. Kilku z nich dopytuje jednak- ale kto będzie rozdawał te karty? Kto to będzie oceniał ważność zakupów?
Dyrektor jest jednak odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. Wszystko ma już przemyślane.
"Otóż, proszę Państwa, po karty należy udać się do pracownika ochrony, który oceniając wyładowanie wózka, dokona takiej oceny. Oczywiście pracownika wyposażyłem w odpowiednie narzędzie- papier milimetrowy".

Klienci przekonani, że to właśnie ich zakupy są naprawdę ważne, zaczynają ustawiać się w kolejce do ochroniarza. Ten niemrawo zabiera się do pracy i mierzy, mierzy, mierzy....

Kolejka do kasy sięga już tylko do słodyczy.

"Sukces" to słowo odmieniane przez wszystkie przypadki w wydaniach wieczornych newsów. Ilustrowane słowami pani prezes: "Jestem dumna z dyrektora. Poradził sobie z tą ciężką sytuacją i to w takiej trudnej sytuacji, w jakiej postawiła go ta nieudolna, pazerna kasjerka. Chcę go publicznie pochwalić za kawał dobrej roboty".
Dyrektor, skromie dziękując, dodaje jeszcze, że sukces jest wymierzalny-w ciągu ostatniej godziny wydano 146 kart. Ci klienci nie będą musieli czekać! Jeszcze dziś wrócą do swych domów, do płaczących dziatek, i będą mogli cieszyć się przygotowaniami do świąt"

A tymczasem w supermarkecie:
Nie zmieniła się liczba klientów. Nadal czynna jest tylko jedna kasa.

O ile naprawdę skróciła się kolejka?

czwartek, 29 stycznia 2015

Nie zaśmiecajcie

Tytuł to apel
Apel do przedstawicieli handlowych. Repów znaczy.

W dermatologii jest ich o niebo więcej niż w anestezjologii (co jest dość oczywiste). Poza lekami mamy też przedstawicieli od dermokosmetyków i tych od  niewiadomoczego.
Ci od leków są w porządku- przynajmniej dzięki nim, dowiaduję się jakie leki weszły/wyszły z refundacji. Jakie są ceny i dostępne gramatury. A pisać będę i tak tylko to, co uważam za skuteczne.

Żeby tylko nie przynosili takiej tony śmieciowych ulotek, które nawet do makulatury się nie nadają, bo błyszczące/pachnące/ powyginane/ posklejane etc. Ludzie  w działach odpowiadających za nowe ulotki  chyba z rozumem się mijają i tworzą i tworzą i tworzą...

Ci od dermokosmetyków to ulubieni- bo mają próbki. Tym sposobem smaruję sobie pięty maścią dla atopików, a paznokcie kremem dla łuszczyków i wiem. Wiem, jak który pachnie, jak się rozsmarowuje, jak się wchłania, jaką ma konstsystencję itd. I polecam z doświadczenia.
Dla przedstawicieli to jednak ryzko- jak się okaże, że badziew, to ostrzegam.

Żeby tylko nie przynosili takiej tony śmieciowych ulotek, które nawet do makulatury się nie nadają, bo błyszczące/pachnące/ powyginane/ posklejane etc. Ludzie  w działach odpowiadających za nowe ulotki chyba z rozumem się mijają i tworzą i tworzą i tworzą......

Ci od niewiadomoczego (czyli suplementów)- pojawiają się jak komety i równie szybko znikają. Nie wiem, nie znam, nie obchodzi mnie co tam reklamują. Suplementów nie uznaję.

Żeby tylko nie przynosili takiej tony śmieciowych ulotek, które nawet do makulatury się nie nadają, bo błyszczące/pachnące/ powyginane/ posklejane etc. Ludzie  w działach odpowiadających za nowe ulotki chyba z rozumem się mijają i tworzą i tworzą i tworzą......

A teraz jeszcze mi na bloga wleźli!!!
Od jakiegoś czasu w komentarzach pojawiają się wyjątkowo przemyślane hasła typu "co za ciekawy wpis" albo "ludzie są różni", a  po kliknięciu autora, przekierowanie na stronę produkującą leki bez recepty. Usuwam, ale i tak przyłażą...

Ciekawe, czy pod tym wpisem też coś zostawią...

środa, 24 grudnia 2014

WESOŁYCH!!!

Nie są białe, ale niech będą:
Wesołe
Rodzinne
Domowo ciepłe
Pachnące piernikami
Przejedzone
i takie najlepsze......

....Święta Bożego Narodzenia


niedziela, 23 listopada 2014

Kolejki

Wyobraźmy sobie sytuację jakiegoś usługodawcy. Fryzjera na przykład.
Szukając pracy znajduje jedną posadę.
Właścicielowi zakładu dobrze z oczu patrzy. Mówi o misji poprawy uczesania ludzi w miasteczku. Mówi o jakości usług. Myśli fryzjer- wspaniale trafiłem.
W pierwszym dniu pracy pouczony zostaje o zasadach
Pierwsza i najważniejsza- masz wypracować zysk- z niego jest Twoja pensja. Brak zysku- brak pracy.
Na początku było nieźle. Fryzjer strzygł, farbował, modelował.
W pewnym momencie właściciel postanowił wprowadzić oryginalny cennik. Niespotykany w innych zakładach.  Głowiła się nad nim cała armia przyjaciół i znajomych. Żaden z nich nawet u fryzjera nie był, ale znają się na wielu sprawach. Uradzili co następuje:
Klient będzie płacił raz, niezależnie od ilości usług. Zawsze za najdroższa usługę. I tak na przykład:
Przychodzi na farbowanie? Zapłaci za farbowanie.
Przychodzi na cięcie i farbowanie? Zapłaci tylko za farbowanie.
Przychodzi na cięcie, farbowanie i modelowanie? Zapłaci za farbowanie
Przychodzi  na cięcie i modelowanie? Zapłaci tylko za cięcie.
I tak dalej.
Ponadto przewidziano szereg sytuacji szczególnych- na przykład sytuacje pilne, krytyczne, honorowych dawców włosów, gdzie fryzjer zobowiązany był do przyjmowania poza kolejnością.
Cennik oraz opinia fryzjera w miasteczku zrobiły swoje i nie trzeba było długo czekać na efekty.
Fryzjer całe dnie ciął, farbował, modelował. Uwijał się jak w ukropie. Zarabiał bardzo niewiele, ale na pensję wystarczało.
Niestety kolejka się wydłużała. Mieszkańcy załatwiali sobie zaświadczenia, że mają wesele córki, czy zjazd absolwentów, co uprawniało ich do bycia "pilnymi" i omijania kolejki. Niestety kolejka "pilnych" wyparła w pewnym momencie kolejkę zwykłą.
 W końcu mieszkańcy miasteczka zdenerwowani udali się do właściciela zakładu
-"Nie chcemy czekać!!!" skandowali. "Żądamy dostępu do usług fryzjerskich!!!"
 Właściciel zwróciła się do swoich doradców. Uradzili, że fryzjer nie może jednego klienta obsługiwać ponad 20 minut. Wedle skomplikowanych wyliczeń to powinno wystarczyć na usługę i znacząco skrócić kolejkę.
Fryzjer, choćby nie wiem jak się uwijał, nie umiał zrobić cięcia, farbowania i modelowania w 20 minut,  ustanowił więc zasadę, że na jednym spotkaniu zajmuje się jedną sprawą.
Jak łatwo się domyślić kolejki wcale się nie skróciły, bo każda osoba musiała przychodzić 2 czy 3 razy żeby uzyskać ładną fryzurę. Klienci nadal niezadowoleni. Publiczne wychłostanie fryzjera nieco poprawiło nastroje, ale problem narastał.
"Co robić?"- dramatyczne pytanie do doradców wystosował właściciel zakładu. I uzyskał odpowiedź...

Teraz konkurs:
Czy odpowiedź brzmiała:

A. W miasteczku obok kształci się jeden fryzjer. Zatrudnijmy go, zanim się nauczy, to pomoże naszemu fryzjerowi rozładować kolejki. (A co z jego brakiem umiejętności? Jak coś zrobi źle, to się go publicznie wychłosta)
B. Wprowadźmy Kartę  Bardzo Złej Fryzury. Zakładać ją będzie pani wykonująca hennę. Przeszkoli się ją w zakresie oceniania fryzury. Dzień szkolenia powinien wystarczyć, w końcu brwi i rzęsy to też włosy... Klient z tą Kartą będzie miał prawo ominąć kolejkę.
C. Należy uświadomić klientów, że mają PRAWO do wszystkich  usług na jednej wizycie. Jak się fryzjer nie wyrabia to jest tylko i wyłącznie jego wina. Zaprosić do składania skarg. Stworzyć system online pomagający to robić.

Możliwe zakreślenie kilku odpowiedzi.
Zapraszam do konkursu. Ze swojej strony zobowiązuję się do policzenia głosów.



środa, 10 września 2014

Z życia lekarza poradnianego

-Dzień dobry Pani Doktor, czy moja siostra może wejść ze mną?
-Tak oczywiście. Z czym się Pani do mnie zgłasza?
-Ja to właściwie z niczym, ale siostra ma takie plamy na nogach...
-Ale na dziś zapisana jest Pani i mam Pani kartę. Siostra nie mogła się zapisać?
-No nie bardzo, bo ona ma swoją dermatolog u nas w przychodni i nie chciała robić jej przykrości...



-Kobieta zagląda do gabinetu
-Bardzo proszę wejść-mówię i biorę do ręki stos kart- jak się Pani nazywa?
-Nie nie, Ja tu tylko tak zaglądam...
-O, a czemu Pani zagląda, jak Pani nie chce wejść?
-A bo sprawdzam jaki doktor przyjmuje i wtedy zdecyduję....
-No to proszę sobie sprawdzać- ja tu dziś jestem.
- No właśnie, zawsze te kobiety...Tu prawie nigdy prawdziwego doktora nie ma....



-Dzięń dobry Pani Doktor. Ja tak na wstępie się wytłumaczę, czemu nie mogłam na termin mój czekać, ale sprawa jest naprawdę poważna....- tu teatralna pauza....-chodzi o mojego paznokcia u stopy!
- No to proszę mi go pokazać.
Nachylam się, patrzę, patrzę i patrzę i.....nic. Zdrowy.
-Ale ja tu nic nie widzę proszę Pani
-No tak, bo teraz już nie ma, ale zanim obcięłam, to on był tu przy brzegu taki pogrubiały troszkę....
Po kilku minutach rozmowy pacjentka wychodzi i żegna się słowami
-Taki to człowiek schorowany jest....
W karcie przy każdej wizycie wpis "zgłasza się jako "pilne". A dolegliwości, z którymi przychodzi co miesiąc, to m.in: zaskórnik (jeden!), siwienie, suchość skóry po opalaniu.

Pacjentka z rozpoznanym 2 lata temu łojotokowym zapaleniem skóry. Dość paskudna rzecz do leczenia.  W karcie przy każdej wizycie zmiana leków,  wypróbowane już wszystko, o czym mogłabym pomyśleć (tu trzeba wziąć poprawkę, na to, że poziom mojej wiedzy dermatologicznej jest hm...delikatnie mówiąc, niski)
- A która z tych maści Pani pomagała najbardziej?
-Żadna! uczula mnie, takie swędzące kropki się pojawiają...
- Po każdej maści, każdym kremie? Nawet po tym? (tu podaję nazwę naprawdę baaaaardzo łagodnego specyfiku)
-Tak, Przecież mówię! Po wszystkim mnie uczula!!!
Ja wpadam w panikę wewnętrzną, którą werbalizuję:
-Hmm, to będziemy miały kłopot... co by tu mogło Pani pomóc (w mojej głowie- pod jakim numerem znajdę specjalistę chętnego do wysłuchania dłuuuuugiej litanii preparatów, który będzie miał jeszcze ochotę mi pomóc)
-Pani doktor, to może mi pani wreszcie wypisze coś taniego, żebym sobie wykupiła?
-To Pani do tej pory nie kupowała tych zaleconych rzeczy?
-No nie, bo to drogie okropnie!
-To czym się Pani smarowała, co Panią tak uczula?
-A taka maścią, co ją teściowa moja na nogi dostała....

I nieustający hit:
-Pani Doktor, to ja powiem, ze najlepiej działał ten krem, który mi świętej pamięci Doktor Iksiński zapisał, po tym jak mi się wnuk urodził.
Z szybkich wyliczeń wynika, że było to jakieś 15 lat temu.
-A wie Pani, co to był za krem?
-Wiem! Taki robiony....taki białawy wie Pani. A może żółtawy... W pudełeczku...



Happy end
Pacjentka 65 lat, na oko jakieś 180 cm wzrostu i 150 kg wagi
-Tu przy staniczku, takie mam na pleckach zmiany
Przyglądam się, dotykam, przykładam dermatoskop (czyli badam dermatologicznie)
-I co to moze być? Bo mam też takie tu, pod paszkami. I w pachwinkach też mam. Tak wie Pani, koło majteczek.
-To są, proszę Pani, brodaweczki łojotokowe!


wtorek, 1 lipca 2014

Rezydent-wolne przemyślenia

Lekarz rezydent to taka hybryda pomiędzy lekarzem, a urzędnikiem. Z domieszką nieśmiertelnego "przynieś/wynieś/pozamiataj"
Świetnie orientuje się gdzie szukać informacji medycznych na temat danej jednostki chorobowej i jednocześnie płynnie porusza się w JGP (to takie tabele, dzięki którym rozpoznanie dopasowuje się do większej ilości punktów z NFZ). Rezydent wie, że pacjent jest zawsze przyjęty "celem leczenia", a nigdy samej tylko diagnostyki. Rezydent wie, gdzie zadzwonić jak zepsuje się komputer i gdzie załatwia się konsultacje psychiatryczne. Rezydent też wie, że musi zrobić staże, ale ma na tyle przyzwoitości, żeby czekać z tym do ostatniego roku specjalizacji.
Rezydent cieszy się z pensji płaconej przez ministra i nie wymaga takiego cudu, jak płatny urlop szkoleniowy. Rezydent wie też, że na obowiązkowych kursach nauczy się niewiele, więc inwestuje prywatnie w kursy odpłatne.
Rezydent poprowadzi oddział, czy poradnię. A po godzinie 15-stej, w magiczny sposób, uzyska zdolność podejmowania ważkich decyzji.
Rezydent napisze artykuł, poprowadzi zajęcia ze studentami (za kogoś innego) i na koniec przeprosi, że przez to musi zostać po godzinach żeby wykonać swoją pracę w oddziale.

Chciałabym mieć rezydentów...Albo choć jednego....



sobota, 31 maja 2014

Specjalista medycyny estetycznej....nie istnieje!!!

Żeby w medycynie zostać specjalistą trzeba przejść następującą ścieżkę:
Studia medyczne- 6 lat
Staż podyplomowy- 1 rok
Specjalizacja- w zależności od wyboru - 4,5-6 lat (polega na pracy w danej specjalizacji, zaliczaniu pewnych procedur, uczeniu się od starszych kolegów, uczestniczeniu w kursach specjalizacyjnych)
Egzamin państwowy.
Wtedy dopiero można się nazwać specjalistą. My, lekarze, to wiemy.
Więc czemu, do jasnej, jeden z drugim, nazywają sie na własnych stronach www, czy portalach - "specjalistami medycyny estetycznej'?
Kto ma do tego prawo?
Ten, kto skończył weekendowy kurs toksyny i wypełniaczy?
Ten, kto skończył drogą lub droższą szkołę medycyny estetycznej?
Ten, kto pracuje minimum 4 lata?
Ten, kto zrobił minimum 1000 zabiegów?

NIKT! Bo takiej specjalizacji nie ma !

Więc to mój apel- nie dewaluujcie ciężkiej pracy waszych kolegów, którzy najpierw dostali się na specjalizacje, a potem ciężko na nią pracowali.
Pacjentów tym nie zdobędziecie, a możecie stać się pośmiewiskiem wśród kolegów.

P.S. Znam coraz więcej lekarzy, którzy już na stażu robią kursy, by późnej od razu zacząć pracę we własnym gabinecie jako specjalista. Szczerze odradzam. Dla mnie świadczy to o braku ambicji i nastawieniu wyłącznie na pieniądze.

P.S.S. Tylko po co było kończyć cięzkie studia? Trzeba było skończyć 3 letnią szkołę fryzjerską i nazwać się specjalistą trychologiem.... Ale to już temat na następny wpis.


poniedziałek, 24 lutego 2014

Muzyka narządowa

Miałam niedawno przyjemność egzaminować studentów wydziału lekarskiego.
Przypadło mi w udziale sprawdzanie ich znajomości badania tarczycy. Byłam pod ogromnym wrażeniem ilości miejsc, w których ten organ może się znajdować....
Drugą rzeczą która zrobiła na mnie wrażenie, była niezmierna konsekwencja w "osłuchiwaniu tarczycy". Wielu studentów w pewnym momencie przykładało słuchawkę do miejsca, gdzie  (w ich przekonaniu) miał znajdować się ten, jakże tajemniczy, organ i mówiła "a teraz osłucham tarczycę".  W pewnym momencie nie wytrzymałam i spytałam jedną miłą panią
- A proszę mi powiedzieć, co mianowicie spodziewa się Pani usłyszeć? (naprawde byłam ciekawa, jakie dźwięki wydają narządy miąższowe...)
-No takie...tak jakby....CHROBOTANIE!!!
-Chrobotanie....A ma Pani może pomysł, czym ono może być spowodowane?
-...No jak się przełyka, to cząsteczki pokarmu się przemieszczają i chroboczą o ściany tarczycy......

Ręce opadły mi prawie tak bardzo jak koleżance, którą student oskarżył o nieuczciwą ocenę.
Nie zaliczyła mu badania wątroby, a on przecież WSZYSTKO zrobił prawidłowo, zgodnie z wszelkimi zasadami!
Nie przeszkadzało mu zupełnie, że badał brzuch pacjenta po lewej stronie....

Wnioski
1. Nie da się tą samą liczbą asystentów mieć podwójnej ilości zajęć i nie obniżyć poziomu (z tego miejsca serdeczne gratulacje dla Ministra za pomysł skrócenia czasu studiów, co zawocowało podwójnym rocznikiem)
2. Nie jest dobrze egzaminować, kiedy nie miało się zajęć- jak opowiadają głupoty studenci, których ja uczyłam, pretensję mogę mieć tylko do siebie
3. Uważać przy przełykaniu- chrobocząca tarczyca może przeszkadzać domownikom...

czwartek, 23 stycznia 2014

Biurwa

Na chwilę zostałam wysłana do gabinetu zabiegowego. To tu pani doktor specjalistka usuwa zmiany skórne podejrzane o bycie czerniakiem czy baziakiem, a ja robię papiery.
Oczywiście już na początku podpadłam- otóż popełniłam wielki i niewybaczalny błąd...

A) Może zaznaczyłam nie tą, co trzeba, zmianę do wycięcia?
B) Może bez empatii i taktu przekazałam pacjentowi informację, że usunięta zmiana jest  czerniakiem?
C) Może nie ustaliłam pacjetowi terminu kontroli?
D) Może nie zadbałam jak najlepiej potrafię o samopoczucie przerażonego człowieka?
E) Może nie ponumerowałam stron w dokumentacji?

Jedna odpowiedź jest prawidłowa.

No trafia mnie. 
Trafia mnie, że na odprawach toczą się dyskusje o punkty i procedury, a nie ma czasu omówić trudnych przypadków. Trafia mnie, że specjalista zwraca uwagę na to, czy rezydent wszędzie postawił odpowiednie pieczątki, a nie na to, czy umie pobrać wycinek. Trafia mnie, że rozpatrując jakieś badanie nie zastanawiamy się: czy ryzyko przewyższa spodziewane korzyści? tylko: jak to rozliczyć?
Trafia mnie, że cały system ma pacjenta tak głęboko, że trudno go tam dojrzeć....




wtorek, 10 grudnia 2013

-Młoda, coś się dzieje z Nowym!!!!- krzyk Siostry wyrwał mnie ze snu. Wyskoczyłam z łóżka i zobaczyłam ją trzymającą na rękach Nowego. Nieprzytomnego.
-Połóż go na ziemi
Udrożnić, sprawdzić oddech...
-Panie mężu dzwoń na pogotowie
Ręce trzymają za żuchwę i czekam na połączenie. Jakąś wieczność.
-Dzień dobry. Bardzo proszę o przysłanie karetki na adres, moje dwuletnie dziecko jest nieprzytomne. Dobrze, poczekam na połączenie z dyspozytorem pogotwia. Czekam...wieczność.
-Witam. Proszę o karetkę na adres, moje dwuletnie dziecko straciło przytomność jakieś dwie-trzy minuty temu. Tak, oddycha. Nie, nie jest siny. Dziękuje.
-Siostra, trzymaj rękę w ten sposób, Mężu wyjdź przed klatkę, zeby wiedzieli gdzie mają iść. Ja przygotuję jakiś kocyk, coś.
- Młoda, coś się dzieje! ślina mu leci!
-Mężu znajdź katarek i podłącz- odciągniemy to, co się leje. Drga, cholera........ moje dziecko, gdzie oni są???!!!! Nie drzyj się na mnie siostra, już się uspokajam.
-Dzwoń Siostra jeszcze raz, jak długo można jechać???
Nowy sinieje. Już już pochylam się, żeby dać mu oddech, kiedy z jego małego gardła wyrywa się krzyk. Okropny. Najbardziej przeraźliwy.
-Uff, oddycha. Spakuj do jego torby pieluchy i naszykuj mi koc. Nowy śpi i jeszcze pośpi. Daj termometr, zmierzymy temperaturę - 36,6.
-Dzień dobry panom. Mój synek miał napad drgawek. Pierwszy w życiu. Wiem wiem, jedziemy do szpitala. Już go owijam kocykiem. Gdzie czapka? Jest. Już idziemy. Mężu jedź za nami autem.Weź torbę.
Dziękuję.

Uczę studentów, prowadzę kursy. Nigdy, przenigdy, nie sądziłam, że przytrafi się mnie, nam. Nie do opisania jest z jednej strony gonitwa myśli, z drugiej całkowita pustka. Mam w domu worek do wentylacji, mam w domu leki przeciwdrgawkowe. Miałam dwie osoby do pomocy. I nawet nie przyszło mi to do głowy. Gdybym taki scenariusz zadała na egzamine, to z trudem bym zaliczyła. To nie był egzamin.
Nowy miał w tamtym dniu zrobione badanie TK mózgu- bez zmian patologicznych. Ufff.

niedziela, 17 listopada 2013

Matka upacjentowiona

Nowy był chory. Nie leżał w łóżeczku. Matka była w pracy. Nie osłuchała Nowego. Oparła się na wywiadzie od osób bliskich i przegapiła. Przegapiła zapalenie płuc. W związku z tym Nowy, po różnych perypetiach, wylądował w oddziale pediatrycznym super hiper referncyjnego szpitala molocha (w którym Matka kiedyś pracowała).

Już od początku było ciężko:

-pesel dziecka?
-Prosze pani jest niedziela, 7 rano, przywiozła nas karetka. Jak Pani widzi, mam na sobie piżamę- peselu Nowego nie mam wytatuowanego....

-siąść pod gabinetem i czekać!

-dzieko ma zapalnie płuc. Będzie przyjęty na oddział 189. Proszę czekać.

-U nas ma być????Nic nam o tym nie wiadomo! Czekać na korytarzu....
-Ha! Widzi pani? Będzie przyjęty na oddzial 218, a nie do nas!!!

-Jestesmy na oddziale 218. Tu będzie sala dziecka. Nie mamy szwedów*, więc musi pani pilnować go cały czas. Toaleta dla rodziców jest 4 piętra niżej. Łazienka dla rodziców jest w innym budynku. Może pani zostać na noc, ale musi pani przywieźć sobie łóżko polowe. Nie, nie może być karimata, musi być coś na nóżkach.
-Nie wolno trzymać rzeczy na tym stoliku!
-Na parapecie też nie!
-Nie wolno wchodzić do kuchni!!
-Nie wolno jeść na oddziale!!
-Nie wolno myć zębów w umywalce!!

-Dziecko dostaje antybotyk taki, jaki zlecił lekarz. Nie, nie można iść się spytać- informacje są udzielane na salach pacjentów w godzinach od 13 do 14 w dni powszednie. A co ja pani poradzę, że jest długi weekend?

I stoi ta matka taka niewyspana, wymięta, z tłustymi włosami i nieumytymi zębami, próbując schować za sobą nielegalny termos z ciepła wodą na kaszę, stopą trzymając wychylające się spod łóżka dowody karimatowych zbrodni i jest PARTNEREM dla lekarza....


 c.d.n

*szwed- popularna nazwa dla łóżeczka niemowlęcego z wysokimi bokami

piątek, 8 listopada 2013

Czas kolonii cz. 4

Wieczorem pierwszego dnia Młoda mogła w końcu przejrzeć plan kolonii i porównać z rzeczywistością
"Wysoko wykwalifikowana kadra" w folderze, w realu oznaczała- kierownika starego wygę, mistrza oszczędzania. Kilkoro darmowych, bo pierwszorazowych, wychowawów i w miarę doświadczonych dwóch (Młodą i Wopra)
"Ośrodek z basenem"- nie basenem, a zbiornikiem przeciwpowodziowym. I do tego pustym od lat...
"Gry i zajęcia sportowe"- tu Młoda popatrzyła na dwie rakietki do tenisa stołowego- jedna ze złamaną rączką, i na flaka piłki do siatkówki. Oj, będzie gimnastyka, żeby coś z tego wykrzesać.
"Konkursy z nagrodami"- chyba trzeba będzie urządzić konkurs na to, jak jedną kredką obdzielić pięcioro dzieci.
"Do morza 100 metrów"- całkiem prawda. Tylko w linii prostej. No i plaża kolonijna jest jakieś 2 km od ośrodka, z ruchliwą nadmorską trasą po drodze.
"Domowe jedzenie"- jak on to osiągną na stołówce na 500 osób???

Wopr był miłym ratownikiem/ wychowawcą (łączenie funkcji w ramach jednej pensji to nieprzemijający hit wśród organizatorów kolonii). Sporo jeździł, więc wiedział co nieco o kierowniku. Znany pies na baby i baaardzo lubiany w biurze organizatora. Czemu lubiany? Bo wie, jak wynająć 2 autokary i zmieścić tam dzieciaki z trzech.Bo wie gdzie kupić najbardziej badziewne nagrody na koniec kolonii (1zł sztuka). Bo wie, że pani X, z biura, trzeba przywieźć z nad morza broszkę z bursztynu. No i wie jak ustawić wychowawców żeby nie narzekali :)

 Dzieciaki były fajne, bo prawie zawsze są. Okazało się, jak zwykle, że pokoje nieważne, że basen nieważny, że nawet plaża nieważna, bo najważniejsza jest atmosfera. A ta zależy głównie od chęci wychowawców. O tej w folderze nie było słowa, ale na szczęście dopisała. I kolejną kolonię można było zaliczyć do udanych. 





niedziela, 6 października 2013

Back to the city...

Jak w tytule. Po wielu miesiącach (dokładnie czternastu) udało mi się wrócic do Dużego Miasta. Odpadły mi codzienne dalekie dojazdy, doszły nowe obowiązki.

Ranek-odprawa. Kilka słów od Szefa i można iść do pracy. Wizyta w Oddziale, a potem do roboty- najpierw wypis.
Czyli muszę:
- znaleźć rozpoznanie, które będzie prawdą i do tego będzie miało dobre punkty.
- używając klawisza CRTL C i CTRL V powklejać wyniki badań mojego pacjenta z 4 różnych systemów (gdzie indziej morfologia i biochemia, gdzie indziej posiew, gdzie indziej serologia i jeszcze gdzie indziej wyniki badań obrazowych ), a do każdego musze osobno się zalogować
- przepisać wyniki konsultacji innych specjalistów
- wypełnić 3 różne formularze
- wydzwonić i umówić termin kontroli w ambulatorium
- napisać recepty
- napisać skierowania
- wypełnić druk ZUS ZLA
- wydrukować to cholerstwo w kilku egzemplarzach, zanieść do podpisu specjaliście, a potem Szefowi, a na koniec poskładać papierki wg określonej kolejności, zszyć i odłożyć w odpowiednie miejsce.
 Uff. Wypis zrobiony.  Mam kilka minut na wydanie papierologii pacjentowi i mogę zabrać się do przyjęcia.
Żeby przyjąć pacjenta muszę:
-wypełnić 3 formularze
- wypełnić skierowanie na badania z krwi na 4(!) różnych kartkach, wszędzie wpisując imię, nazwisko, pesel, nr historii choroby, nr księgi i kilak innych informacji
- zejść kilka pięter niżej do Poradni i wyciągnąć dokumentację ambulatoryjną pacjenta
- zbadać pacjenta podmiotowo i przedmiotowo
- napisać zlecenia na 2 formularzach, każde w osobnym okienku z datą i pieczątką
- napisać skierowania na każde badanie obrazowe
- napisać skierowania na każdą konsultację, a później wydzwonić i umówić termin z każdym planowanym specjalistą
- pobrać wycinek, zrobić punkcję, itd
Rzadko zdarza się, zę mam tylko jeden wypis i jedno przyjęcie. Najczęściej jest ich więcej.
W międzyczasie muszę sprawdzić wyniki badań moich leżących w Oddziale pacjentów, skonsultować się w sprawie ich dalszego losu i... czasem zrobić siku.

I nie mam nawet czasu zastanowić się nad tym, że mój czas z pacjentem to jakieś 15- 30 minut dziennie. W ciągu pozostałych 7 godzin jestem sekretarką medyczną.

A raz w tygodniu uczę moich studentów o tym, jak ważna jest rozmowa z pacjentem, czy, że badanie fizykalne nie może być po łebkach....

niedziela, 11 sierpnia 2013

Kiedy łuszczyk zostaje wdowcem...

Żonaty:

Telefon
-"Dzień dobry, chciałam zapisać męża na Oddział, bo zaczyna mu się zaostrzać"
Na Oddziale pojawia się średnio zadbany meżczyzna z niewielkim zaostrzeniem łuszczycy, czystą piżamką, kilkoma parami slipów, kosmetyczką,  karteczką, na której ma wypisane leki, które brał/bierze i z teczką poprzednich wypisów.

Świeży wdowiec:

Telefon z Izby Przyjęć:
-" Dzięń dobry mamy tu pana, który zgłosił się z epizodem sercowym, nie brał leków. Unormowaliśmy go, ale skóra wygląda okropnie. Obejrzycie? Przyjmiecie?"
Na Oddziale pojawia się pan totalnie zaniedbany z masywnym zaostrzeniem łuszczcy. Nie wie od kiedy. Nie smarował sie. Nie brał leków. Nie był u dentysty. Nie ma poprzednich wypisów.  Dwutygodniowy pobyt na oddziale spędza w szpitalnej piżamie i codziennie na wizycie pojawia się w tych samych majtkach. Pielęgniarki zgłaszają, że mają kłopot zmusic go do zmycia maści, bo on nie wie po co niby ma sie myć 2x dziennie.

"Stary wdowiec""

Telefon
-"Dzień dobry, chciałem zgłosić się na Oddział. Wiem, że wyszedłem 3 tygodnie temu i że codziennie przychodzę na lampy, ale jakoś nie mogę poradzić sobie z tymi zmianami na kolanach,a tu lato wie Pani, do sanatorium jadę, potem pielgrzymka..."
Na Oddziale pojawia się pan ze śladowymi zmianami. W ustach proteza- sztuka nówka. Pamięta wszystkie maści jakimi się smarował, recytuje stężenia i liczbę dni z rodzajem naświetlań. Sumiennie zmywa maśći i próbuje przekupić pielęgniarki żeby pozwoliły mu smarować się częściej. Po oddziale chodzi w szykownej piżamce. I...tylko na wizycie pojawia się codziennie w tych samych majtkach....

niedziela, 7 lipca 2013

Rewolucyjny rok

Minął rok od zmiany specjalizacji. Totalne przemeblowanie i rewolucja. Przekonałam się, że:
- praca nie musi stresować. Zaciskająca się gula na żołądku nie jest nieodłączynym składnikiem niedzielnego wieczoru
- można mieć szefa, który najpierw daje narzędzia (szkolenie), motywację (pieniądze), a dopiero potem wymaga
- spędzanie codziennie kilku godzin w aucie, skutkuje żylakami. Na szczęście podkolanówki profilaktyczne są całkiem estetyczne
- dermatologia nie musi być nudna- zależy od "chcenia". Jak się człowiekowi "chce" to może być pasjonująca!
-Pan Mąż jest dużo bardziej zaradny niż myślałam
-praca w usługach jest męcząca i zajmuje bardzo dużo czasu, który miał przecież być przeznaczony dla Nowego
-można żyć bez 5 kaw dziennie!
- i bez słodzenia kawy
-załatwianie kredytu w banku, pomimo pomocy księgowej, pośrednika i doradcy to zadanie niemal niewykonalne
-zamiast "stare meble" i "brak kasy na remont" trzeba mówić- styl eklektyczno-industrialny


piątek, 10 maja 2013

Bez sieci

Przeprowadziliśmy się wreszcie. Nowy zachwycony skraweczkiem ogródka, Pan Mąż garażem, a ja łazienką. Dla każdego coś miłego.
Po przeprowadzce niestety  nie mamy dostępu do internetu, stąd brak postów.
A napisać chciałam. Na przykład o rozmowach z pacjentami

Pacjent z przewlekłym owrzodzeniem podudzi (sprawa ciągnie się przez 4 lata)
-jak żem był w szpitalu na serce, to była u mnie jakaś tam dermolog i powiedziała, że mają mi robić opatrunki
-ale czemu pan się nie mył?
-bo nie kazała....

Pacjent  z łuszczycą. W dniu przyjęcia do szpitala powalający zapach alkoholu z ust
-panie Janku, czemu pan dziś pił?
-a bo ostatnio żeście mnie wyrzucili, jak żem pił na oddziale, to teraz żem w pociągu wypił na zapas!


Pacjentka z pęcherzami na skórze
- siedzę tu i siedzę i nic mi nie znika!
-pani Dorotko, ależ pani jest w oddziale od wczoraj...
-no właśnie!

Pacjent z łuszczycą, z kilkoma zgorzelinowymi pieńkami w miejscu zębów
-czemu pan, panie Władku nie chodzi do dentysty?
-pani, czasu nie mam!
-a co pan robi?
-no na rencie jestem!

Pacjentka  z owrzodzeniem podudzia
-podleczcie mnie trochu błagam panie pani ordynator ja te nogi mam popsute juz tyle lat nic mi na nie nie pomaga wszystkiego próbowałam ratunku dla mnie szukam coby mi tej nogi nie odjęli....
-podleczymy, podleczymy, zaraz założymy opatrunek
-opatrunek z maści jakiej? nie, ja mogę mieć tylko z kapusty! tabletek żadnych nie wezmę ino siemię lniane mogę pić! na kroplówkę się nie zgadzam, bo mnie słabo jest od kroplówek
-no to skoro się pani na nic nie zgadza, to co pani od nas chce właściwie?
-podleczcie mnie trochu błagam panie pani ordynator ja te nogi mam popsute już tyle lat nic mi na nie nie pomaga wszystkiego próbowałam ratunku dla mnie szukam coby mi tej nogi nie odjęli....